ADEL TAARABT DLA LA REPUBBLICA


Panie Taarabt, nazywają pana wichrem z Maghrebu. Porwał pan Milan i Serie A.
"Cieszę się z tego, jak zacząłem. Mam kilka miesięcy na to, by zasłużyć na wykupienie z QPR".

Od słabo znanego gracza do nietykalnego zawodnika pierwszej jedenastki.
"Znam swoje umiejętności i wiedziałem, że pokażę je w Milanie. Pomogły mi w tym okoliczności. W Neapolu zagrałem po zaledwie trzech treningach, bo Kaká i Honda nie czuli się najlepiej".

Czuł się pan niedoceniany?
"Gdybym w wieku 17-18 lat grał w wielkim klubie, w którym widzi cię cały świat, szybciej byście się o mnie dowiedzieli. W każdym razie mam dopiero 24 lata".

Z Fezu - marokańskiej Florencji - do Milanello. Niech pan opowie.
"Miałem osiem miesięcy, kiedy mój ojciec, który pracował już wtedy we Francji, ściągnął nas do Marsylii. Tata murarz, mama gospodyni domowa. Dzielnica robotnicza, pełna trudnej młodzieży. Cztery siostry, jeden brat. I gra w piłkę na ulicy".

To na ulicy nauczył się pan dryblować?
"Nie, tam się uczysz taktyki. Drybling to dar od Boga".

Co potem?
"Potem drużyna osiedlowa Berre l'Etang, a w wieku 7-8 lat Septéme, gdzie grał Zidane. Pytały o mnie szkółki francuskich klubów. Jako 11-latek wybrałem Lens. Tam dorastałem, uczyłem się i zadebiutowałem w Ligue 1. Gdy miałem 18 lat, kupił mnie Tottenham, skąd przeszedłem do QPR, a potem do Fulham. Resztę znacie, wliczając w to przyjaźń z Briatore i Giannim Di Marzio, którzy chciałby mnie widzieć w Napoli. Zamiast tego poznałem Berlusconiego: to były niesamowite emocje".

Może pan zgłębić temat trudnej dzielnicy?
"Wielu moich rówieśników siedzi w więzieniu. A mój trener Christophe powiedział mi: 'Adel, wyjedź z Lens. Jeśli tu zostaniesz, wpadniesz w kłopoty'".

W Londynie był pan królem asyst.
"Lubię strzelać gole, ale jeszcze bardziej lubię sprawiać, by to inni trafiali. W Milanie grałem na prawej lub lewej stronie, a nie na mojej prawdziwej pozycji za napastnikami. Nigdy nie poświęcałem tyle energii na bronienie".

Pańskim ulubionym trenerem, pomimo takich sobie relacji, był Warnock. Jak układa się z Seedorfem?
"Bardzo dobrze, jest dużo dialogu. Tylko Galliani mnie znał. Seedorf mi powiedział: 'Oceniam cię od teraz, nie interesuje mnie to, co o tobie mówią'. Teraz wymaga ode mnie ciągłej pracy obrona-atak i uprzedza: 'Nie zaakceptuję, jeśli obniżysz loty'".

Serie A jest łatwiejsza od Premier.
"Różnica nie jest natury technicznej, lecz dotyczy nastawienia. Tutaj drużyny z dołu tabeli bronią się i koniec, tak jak zrobiła Bologna. Poza tym w Anglii stadiony są pełne. Jednak atmosfera meczu Milan - Juve jest warta więcej niż ta na Old Trafford".

Juve coraz bliżej.
"W telewizji ten mecz wydawał mi się nieosiągalny. Teraz chcę go wygrać. Musimy piąć się w tabeli".

A w środę w Marrakeszu wróci pan po polemikach do reprezentacji w meczu przeciwko Gabonowi.
"Jestem bardzo szczęśliwy. W 2015 Maroko będzie gospodarzem Pucharu Narodów Afryki i musimy wygrać. Mamy niezłe pokolenie. Wie pan, jaką teoretycznie powinniśmy mieć obronę? Benatia - Rami - Kaboul".

Szkoda, że Rami i Kaboul wybrali Francję, a Benatia jest skłócony z selekcjonerem. Mastourowi - talentowi Milanu - doradzi pan Maroko?
"Mastourowi nic nie mówię, a o Benatii nie wiem. Ramiemu powtarzam w żartach, że jest zdrajcą. Jest Marokańczykiem. Zidane milczał przez 15 lat, ale po zakończeniu kariery przyznał, że czuje się Algierczykiem".

Pan jednak dorastał we Francji. Dlaczego wybrał pan Maroko?
"Ze względu na rodzinę i dlatego, że tak czułem. Francji zawdzięczam moje kształcenie, grałem w jej młodzieżówkach. Ale kiedy kazali mi śpiewać Marsyliankę, nie czułem się zaangażowany. Mam natomiast dreszcze, kiedy zaczynają grać hymn Maroka. Poza tym czy Taarabt wygląda panu na francuskie nazwisko? Ja zawsze mówię to, co myślę".

A nawet za dużo. Ponoć wyjechał pan ze zgrupowania reprezentacji, bo nie grał, a w QPR odjechał autobusem po zmianie.
"Wiele historii jest zmyślonych. Jedyną prawdziwą rzeczą jest to, że kiedy nie gram i uważam to za niesprawiedliwość, nie boję się tego powiedzieć".

Powiedział pan o sobie: marokański Balotelli.
"Mario to wspaniały piłkarz, a Seedorf jest dla niego idealny: rozmawia z nim codziennie, żartują. Balotelli rozstrzyga spotkania: wydaje się być poza meczem, a wygrywa go jednym zagraniem".

Inna wypowiedź: moim wzorem jest Zidane.
"Dorastał w Marsylii jak ja. Być może grał bardziej linearnie. Ja jestem fantasistą jak Cristiano Ronaldo czy Messi. Nie jestem na ich poziomie, ale mam nadzieję, że będę".

Co pan myśli o rasizmie na włoskich stadionach?
"Na razie się z tym nie zetknąłem. Jeśli ktoś jest rasistą, to jest to jego problem. Myślę też, że niektórzy piłkarze czasem przesadzają: jeśli jeden kibic nazwie cię czarnuchem, to nie jest to jeszcze powód do tego, by opuszczać stadion".

To aluzja do sławetnego gestu Boatenga w Busto Arsizio?
"Nie. Trzysta osób buczących czy wyzywających to co innego niż pojedynczy kretyn. Na Marassi w każdym razie widziałem sporo Marokańczyków i poczułem się jak w domu. A w Mediolanie i okolicach jest liczna marokańska społeczność: chcę, by byli ze mnie dumni".

Co pan, jako praktykujący muzułmanin zakładający koszulkę z napisem 'I love Allah', sądzi o chustach noszonych przez islamskie kobiety?
"Myślę, że należy to uszanować. Moja matka nosi apaszkę, nie chustę. Ale nie rozumiem, dlaczego chusta wzbudza sensację, a miniówka nie. Religia jest kwestią osobistą i intymną. Ja modlę się w moim pokoju. Problem stanowią ekstremiści. Dotyczy to każdego wyznania, również judaizmu czy chrześcijaństwa".

Ramadan jest często problem dla muzułmańskich piłkarzy.
"Spokojnie, w tym roku wypada w czerwcu, czyli na koniec sezonu. Liczę, że do tego czasu się wybiję. Straciłem już cztery lata, nie mogę tracić więcej czasu. Milan to dla mnie życiowa okazja. Muszę ją wykorzystać".



tłumaczenie: TomekW
 


© Copyright 2002-2016 by ACMilan.PL  ::  Wszelkie prawa zastrzeżone