Wywiad z Clarencem Seedorfem (Piłka Nożna, nr 27, 2004; Tomasz Lipiński)

Clarence Seedorf podobnie jak Ruud Gullit pochodzi z Surinamu, tam się urodził w Paramaribo. Po starszym koledze odziedziczył przydomek Czarny Tulipan, l wydaje się zresztą, że nań zasłużył. Obaj występowali w Sampdorii Genua i Milanie, choć w odwrotnej kolejności. Gullit jednak ciągle znacznie więcej zrobił dla reprezentacji Holandii, był mistrzem Europy w 1988 roku. Natomiast Seedorf ma w kolekcji brązowe medale Euro 2000 i 2004. Poza tym 28-letni pomocnik jest pierwszym piłkarzem, który Puchar Mistrzów zdobył z trzema różnymi klubami: Ajaksem Amsterdam, Realem Madryt oraz Milanem. Wkrótce po szesnastych urodzinach zaliczył debiut w pierwszym zespole Ajaksu, zdążył także wtedy strzelić gola w lidze holenderskiej i do dziś jest jednym z najmłodszych piłkarzy, któremu powiodła się ta sztuka. Niewielu w środowisku piłkarskim jest tak inteligentnych i mających szerokie zainteresowania piłkarzy.

W ilu językach potrafi się pan porozumieć?
Liczne podróże po świecie, a przede wszystkim moja olbrzymia ciekawość, sprawiły, że porozumiewam się nie tylko po holendersku, ale i po angielsku, hiszpańsku, niemiecku, portugalsku i włosku.

Hobby?
Od lat jestem wielkim miłośnikiem motorów. Podobnie jak Brazylijczyk Roberto Carlos z Realu Madryt, jestem właścicielem motocyklowego teamu. Mój nazywa się Seedorf Racing i startuje w klasie 125 cm3. A to jeszcze nie wszystko. W lutym wykupiłem prawa do wydawania włoskiego tygodnika AutoMotoSport. Na kampanię reklamową przeznaczyłem aż 600 tysięcy euro.

To teraz już tylko o piłce. Bardzo szczęśliwie ułożył się ten turniej dla Holandii. Zaczęliście od remisu z Niemcami 1:1, dopiero w końcówce zdobywając wyrównującego gola. Dlaczego było tak ciężko?
Z Niemcami nie mogłem wystąpić z powodu kontuzji, ale doskonale wiem jak wyglądają takie mecze. Zawodnik wtedy czuje się tak, jakby jechał na zaciągniętym ręcznym hamulcu. Na szczęście w drugiej połowie spotkania nasza gra trochę się poprawiła. Stało się tak ponieważ zaczęliśmy bardziej myśleć o samej grze niż rezultacie. Jednak na dłuższą metę podczas turnieju takie myślenie jest błędem.

Jak to?
Holendrzy zazwyczaj byli chwaleni za efektowną grę, ale przegrywali swoje najważniejsze mecze. Teraz większość kadrowiczów gra w klubach poza krajem i właśnie w tych innych ligach nauczyliśmy się tego, co tak naprawdę jest najważniejsze. Aby przetrwać w Hiszpanii, Włoszech czy nawet w Anglii, trzeba myśleć tylko o zwycięstwie i szukać do tego celu najprostszych środków. Taka jest prawda: piękno znaczy w futbolu mniej niż skuteczność.

Na szczęście po dawnemu podeszliście do grupowego meczu z Czechami i dzięki temu kibice obejrzeli jedno z najładniejszych widowisk na Euro 2004...
I nawet mimo poniesionej porażki byliśmy z tego meczu dość zadowoleni. Już wiedzieliśmy na co stać nas i na co stać innych. Nie było więc paraliżującej niepewności, zagraliśmy w otwarte karty. W ogóle na takich imprezach jak ME olbrzymią rolę odgrywa psychika. Najgorsze, że można przegrać jeszcze przed wyjściem na boisko. Z Czechami jednak staraliśmy się być agresywni, a w spotkaniu z Łotwą skuteczni. Ale powtarzam, że najważniejszy jest wynik, a dopiero daleko w tyle pozostaje piękno.

Komu na tych mistrzostwach udało się w największym stopniu połączyć jedno i drugie?
Na pewno Czechom, a w dalszej kolejności -Duńczykom i Szwedom. Mecze z udziałem tych drużyn najbardziej przypadły mi do gustu.

A jak pan odebrał zbiorowy pogrom faworytów?
Przykład Włochów - których przecież znam najlepiej - pokazuje, że do osiągnięcia sukcesu niezbędne jest również szczęście. A Italii wybitnie ono nie dopisywało. Nie pamiętam takiego przypadku, żeby drużyna z pięcioma punktami na koncie musiała pakować walizki i wracać do domu. Podobnie Hiszpanie zrobili na mnie lepsze wrażenie w - jak się okazało - decydującym dla nich meczu z Grecją. Jednak wystarczył tylko jeden błąd i stracili bramkę. W mistrzostwach Europy wystarczy właśnie tak niewiele, aby błąd okazał się nie do naprawienia i aby ostatecznie, znaleźć się poza grą.

A nie uważa pan, że na Hiszpanach, Włochach, Francuzach czy Anglikach ciąży nieustannie zbyt duża presja wyniku? Brak awansu do półfinału jest przecież odbierany w tych krajach w kategorii klęski, a skutkiem dodatkowym są zamieszki sfrustrowanych kibiców na ulicach...
Każdy piłkarz na wysokim poziomie, a tacy przecież w Portugalii dominowali, znajduje się pod presją i z czasem się do niej przyzwyczaja. Zatem nie na tym polega problem. Główna przyczyna tkwi w zmęczeniu. Reprezentacje takie jak Francja składają się z piłkarzy, którzy grają w wielkich klubach i w związku z tym zawsze o najwyższe cele. Kluby wyciskają z nich wszystko co najlepsze, a potem oni przyjeżdżają na mistrzostwa wyczerpani. W teoretycznie lepszej sytuacji są te reprezentacje, które mają w swoich składach tylko dwóch-trzech zawodników z tych topowych klubów. Weźmy na przykład Portugalczyków. Większość z nich na co dzień gra na miejscu, a ich liga, nie jest zbyt wyczerpująca.

Ale przecież Porto angażowało się do końca w Ligę Mistrzów?
Wygranie Champions League tylko dodaje sił, a ich nie odejmuje. Wiem coś o tym.








© Copyright 2002-2016 by ACMilan.PL  ::  Wszelkie prawa zastrzeżone