ARRIGO SACCHI DLA FORZA MILAN!


Arrigo, jak pamiętasz swoje początki w Milanie?
Aby móc wyrazić swoje pomysły, przekazać wiedzę, kulturę pracy, każdy trener potrzebuje spokoju, wsparcia ze strony klubu, entuzjazmu i wyciszenia. Musi współpracować z ludźmi, którzy nie będą podważać jego kompetencji, będą darzyć go przyjaźnią i szacunkiem. W Milanie miałem to szczęście, iż wszystkie te warunki były spełnione, bez nich nic by się nie udało. Jeśli ma się takie podstawy wspólnie można pracować nad pozyskaniem zawodników odpowiednich do realizowanego projektu. Bardziej niż gwiazdy poszukiwaliśmy wówczas zawodników, którzy odpowiadaliby naszej filozofii pracy, na którą składały się pasja do piłki, świadomość celów i odpowiednia kultura pracy.

Nie miał pan wątpliwości?
Miałem i to przez cały czas. Jedyna pewność, jaka towarzyszy mi w życiu to taka, że zawsze można zrobić coś lepiej i wydajniej. Jedno ze wspomnień z tamtego okresu związane jest ze świeżo upieczonym zdobywcą Złotej Piłki Ruudem Gullitem, który pewnego dnia zwrócił się do mnie tymi słowami: grając w tym zespole lubię biegać na rzecz innych. Galliani i jego ludzie zawsze pracują z pełnym zaangażowaniem, przy ich pomocy utopie przeistaczają się w rzeczy możliwe. Łączy nas podobna wizja pracy w piłce. Nie postrzegam trenera, jako osoby której pracy ogranicza się tylko do prowadzenia zawodników. Jesteśmy tylko jednym z ogniw łańcucha, a poprzez treningi, pracę, poświęcenie przekazujemy zawodnikom odpowiednie umiejętności. Cały zespół musi poddać się temu procesowi. Bez tego, powtórzę się, nic nie byłoby możliwe.

Nie jest łatwo wpływać na innych.
Zgadzam się. Wiele nas z piłkarzami różniło, potrafiliśmy jednak znaleźć wspólny język. Władze klubu nieustannie przekazywały piłkarzom jasny sygnał: to nasz trener, macie podążać za nim. U jego boku zwyciężycie, uczynicie krok naprzód.

Zaproponował pan zupełnie nową wizję calcio, dokonał w naszym kraju rewolucji.
Oczekiwałem od swojego zespołu, iż będzie panował na boisku, prowadził grę. Piłkarze mieli dużo przemieszczać się bez piłki, wzajemnie się wspierać, by w każdym fragmencie meczu kontrolować sytuację. Najważniejszym elementem naszej współpracy były treningi, koncentrowaliśmy się na samej grze. Ona nie podlega wahaniom formy, czy kontuzjom. Starałem się wpajać piłkarzom idee, którymi kierował się też sam klub: zwyciężać i przekonywać. Zwycięstwo bez spektaklu pozostawia pewien niedosyt. Jasne, nie było to wszystko łatwe. Pewnego dnia Van Basten zapytał mnie: dlaczego inne zespoły satysfakcjonuje po prostu zwyciężanie? Dziś odpowiedziałbym mu, że dla miesięcznika World Soccer tamten zespół Milanu był najlepszą klubową drużyną w historii, podobnie sklasyfikował nas France Football, zaś zdaniem UEFA ze względu na jakość gry i wyniki równać z nami mogły się tylko Ajax i Real Madryt. Żal mi wszystkich dziennikarzy, którzy krytykowali nas w tamtych czasach. Po części przez zawiść, a po części ignorancję nie potrafili czerpać radości ze spektakli. Choć czy ja sam potrafiłem...?

W jakim sensie?
Przez te cztery lata wygrałem osiem trofeów, tych najważniejszych. Dwa Puchary Mistrzów w trzech startach, nie wydaje mi się, by istniał drugi trener o takiej skuteczności. Tymczasem wydaje mi się, że można było osiągnąć jeszcze więcej.

W rzeczywistości jednak osiągnął pan wszystko to, czego oczekiwał Berlusconi.
Nie, przekroczyłem wszelkie jego oczekiwania. Berlusconi mówił mi: naszym celem jest stanie się najlepszym zespołem świata. Odpowiadałem: celem jest dać z siebie wszystko, ze strony sztabu szkoleniowego, piłkarzy, klubu. Naszym wspólnym celem była nauka i szacunek, dla kolegów z zespołu i rywali.

Marzył pan o...?
Wiosną 1988 roku w Mediolanie odwiedziło mnie kilku przyjaciół. Pokazałem im miasto, po kolacji napotkaliśmy grupę kibiców świętujących w szalikach, których - to wina mojego zaślepienia piłką - nigdy wcześniej nie widziałem. Pytacie jakiemu klubowi kibicowali. Odpowiedź brzmi koszykarskiemu zespołowi z Mediolanu, który właśnie sięgnął po scudetto. Marz o mistrzowskim tytule, a miesiąc później go zdobędziesz.

Który z zespołów Milanu z lat 1987-91 grał najpiękniej?
Nie mam co do tego wątpliwości, ten z sezonu 1989/90. Mieliśmy sporo problemów zdrowotnych, przez wiele miesięcy musieliśmy sobie radzić bez Gullita. Tymczasem wygraliśmy Superpuchar Włoch i Europy, Puchar Interkontynentalny, a w maju byliśmy pierwsi w ligowej tabeli i przystępowaliśmy do finału Pucharu Włoch. Zawiść i polityka pozbawiły nas scudetto.

Najpiękniejszy mecz?
Nie jest to tylko moje zdanie: 1:1 jesienią 1988 roku w Madrycie w Pucharze Mistrzów. Jakiś czas temu spotkałem Marka Hughesa, selekcjonera reprezentacji Walii, zaprosił mnie na konferencję trenerów Premiership. Wziąłem ze sobą taśmę z półfinałowym spotkaniem w Monachium z Bayernem (Puchar Mistrzów, 2:1 dla Bayernu po dogrywce, awans Milanu i następnie finałowe zwycięstwo we Wiedniu z Benfiką). Do awansu wystarczał nam remis. Do przerwy statystyki wskazywały jeden strzał ze strony Bayernu i 11 Milanu. Hughes zapytał mnie w jaki sposób przekonałem Włochów do biegania w takiej sytuacji do przodu, jeśli w ich naturze od zawsze leżało przede wszystkim zabezpieczenie tyłów. Odpowiedziałem, że każde spotkanie stanowiło dla nas nowe wyzwanie, posiadaliśmy nieskończoną wiarę w nasze możliwości. Nawet dzisiaj udając się na szkolenia w Coverciano mówię trenerom, by w swojej pracy skoncentrowali się na jednym, jedynym celu: wypracowaniu stylu gry ich zespołów.

Trenując kadrę narodową również zaliczył pan kilka niezwykle udanych spotkań: w Holandii, w Portugalii, w finale mundialu w 1994 roku przeciw Brazylii...
Najlepsze mecze rozegraliśmy na mistrzostwach Europy w 1996 roku, tyle, że odpadliśmy z turnieju już po trzech meczach... Popełniliśmy kilka błędów, zabrakło nam osobowości. Dysponowałem piłkarzami, którzy chcieli, ale nie mogli, na drodze stawały nam drobne rzeczy. Wyznaję antyczną zasadę, iż w decydującej batalii nigdy nie mierzymy się z rywalem, lecz z nami samymi.



tłumaczenie: dezali
 


© Copyright 2002-2016 by ACMilan.PL  ::  Wszelkie prawa zastrzeżone