ROBINHO DLA SPORTWEEK





Zacznijmy właśnie od tego: pan wygląda na kogoś, kto zawsze się bawi, na boisku i poza nim. Ale czy wszyscy Brazylijczycy tacy są?
"Ja nigdy nie widziałem smutnego Brazylijczyka. Nawet gdy są problemy, nawet gdy nie ma co jeść, jesteśmy zadowoleni, tańczymy i bawimy się. Jedyny okres, w którym straciłem uśmiech, miał miejsce podczas tych 41 dni, kiedy moja matka pozostawała w rękach tych, którzy ją porwali".

A jednak pańskie dzieciństwo, było klasycznym dzieciństwem dzieciaka ze slumsów.
"Urodziłem się w Sao Vicente, w stanie Sao Paolo. Dom, w którym mieszkałem, był nawet mniejszy od tego pokoju, w którym teraz się znajdujemy. Na szczęście byłem jedynakiem. Mój ojciec był robotnikiem, pracownikiem sieci kanalizacyjnej, a moja mama pracowała jako sprzątaczka. Na stole ryż i jajka. Codziennie na obiad i kolację. Pod warunkiem, że udało się jedno i drugie połączyć razem. Zacząłem się lepiej żywić dopiero wtedy, gdy przybyłem do Santosu, w wieku 12 lat".

A przed Santosem?
"Żyłem na ulicy i grałem w piłkę wszędzie. Bardzo pragnąłem roweru, ale nigdy go nie miałem. 'Wybieraj' - powiedział mi ojciec. 'Albo pieniądze na jedzenie, albo rower'. A jak bardzo chciałem mieć grę elektroniczną! Jednakże byłem szczęśliwym dzieciakiem. Miałem przyjaciół i czułem się wolny. Również dlatego, że na ulicach mojego kraju było mniej przemocy niż obecnie. Wielu chłopców, z którymi dorastałem, ma dzisiaj problem z narkotykami, a inni siedzą w więzieniu".

Czy myślał pan kiedykolwiek, że przy lepszym odżywianiu we wczesnym okresie życia byłby pan wyższy i miał inną muskulaturę?
"Oczywiście, że o tym myślałem. Gdy przybyłem do Santosu, ważyłem 20 kg. Zaczynając jeść regularnie i w odpowiednich porach, zwiększyłem również swój apetyt. Jednak gdy debiutowałem jako zawodowiec w wieku 17 lat, ważyłem ledwo 57 kg: bałem się, że przy pierwszym wejściu mogliby mnie połamać. Potem zrozumiałem, że mój niski wzrost i chude nogi mogłyby okazać się dla mnie szczęśliwe: nie jest łatwo mnie dogonić i zatrzymać, gdy strzelam lub drybluje".

Santos, Real Madrid, Manchester City, Milan: grał pan zawsze w wielkich zespołach. Co one dla pana reprezentowały?
"Santos jest moją miłością. To klub, który sprawił, że stałem się profesjonalistą. Real spełnił moje marzenia o grze w Europie. Przykro mi tylko, że odszedłem skłócony: nie zrobiło to dobrze ani mojemu, ani ich wizerunkowi. City było rodzajem praktyki: zrozumiałem, że muszę grać bardziej dla zespołu, a mniej dla siebie samego. Jednakże Anglia nie jest właściwym miejscem dla nas Brazylijczyków. Milan jest pasją. Tutaj znowu stałem się szczęśliwy i gdyby to zależało ode mnie, zostałbym tu na kolejne dziesięć lat".

Podoba się panu miasto?
"Mediolan ma wszystko. Gdyby było tu morze, Mediolan mógłby być miastem mojego życia. Mieszkam w dzielnicy San Siro, rano zaprowadzam Robsona Juniora do szkoły (4 lata, starszy z dwóch synów Robinho; drugi - Gianluca ma 10 miesięcy - przyp. red.), a potem, jeśli nie ma treningu, podrzucam moją żonę na fitness. Ale nie mogę powiedzieć, że dobrze znam Mediolan: Vivian na przykład lubi kręcić się po sklepach, ale mnie to nudzi. Wolę odkrywać restauracje".

Je pan po włosku?
"Gdy wychodzę, to tylko po japońsku. Makaron jem tu w Milanello, moja żona przyrządza dania kuchni brazylijskiej... Poza tym jest na diecie i mnie również do tego zmusza".

Z kim pan wychodzi?
"Z Thiago Silvą, Yepesem, Cassano... Czasem przychodzą do mnie".

Jak spędzacie wieczór?
"Jemy, rozmawiamy, żartujemy, z muzyką w tle. Thiago mówi, że mam zawsze słuchawki na uszach i ma rację. Gdy tylko zaczynam się budzić, w samochodzie, gdy jadę autokarem na stadion, gdy jestem sam w domu... Samba, ale również inne rodzaje muzyki. I śpiewam pod prysznicem. Muzyka to rzecz, którą lubię najbardziej zaraz po piłce nożnej. Gdybym nie grał, z pewnością zostałbym piosenkarzem".

Więc umie pan pięknie śpiewać...
"Ależ skąd, fałszuję. Boateng ma niezwykły głos. Ja jestem dobry w grze na bongo. Ale gram tylko w domu, w przeciwieństwie do Ronaldinho, który występował nawet w lokalach".

A Pato? Rozmawialiście kiedyś o jego związku z Barbarą Berlusconi?
"Zawsze sobie z niego żartuje: 'Bądź grzeczny, bo jak nie, to tata cię wykopie'".

Ale w szatni nie ma skrępowania z powodu kolegi, który jest narzeczonym córki prezydenta?
"Żadnego. Z nami Pato jest zawsze sobą i tak samo my wobec niego. On wie, jakie ma obowiązki i dobrze wykonuje swoją pracę. Reszta jest częścią jego prywatnego życia".

Od czasów Santosu aż do dzisiaj - czy i jak zmienił się pan jako człowiek?
"W Santosie byłem dzieciakiem i myślałem tylko o żartach. Teraz stałem się spokojniejszy, mam rodzinę, dzieci".

Vivian Guglielmetti zaprowadził pan do ołtarza trzy lata temu, ale byliście razem przez całe życie.
"Jej ojciec trenował drużynę futsalową, w której grałem jako dziecko. Poznałem ją, gdy miałem dziewięć lat. Na początku byliśmy przyjaciółmi, potem, gdy podjąłem decyzję, by zacząć traktować sprawy serio, byłem w okresie, w którym robiłem za dużo zamieszania. Mówiła: 'Jeśli nadal będziesz tak robił, nie będziemy mogli być razem'. W wieku 15 lat stałem się trochę spokojniejszy i zaręczyliśmy się".

Zawsze się mówi, że dla piłkarzy zawsze ważne jest, by szybko się ożenić. W pana przypadku również tak było?
"Dla Brazylijczyka jest to kluczowe. Z całym szacunkiem dla Włoszech, Brazylijki to jednak wielka sprawa. Można stracić głowę. Kiedy wracam do Brazylii, Vivian zawsze mi mówi: 'Proszę, bądź spokojny, bo tu stajesz się inną osobą. W Mediolanie jesteś w domu i na treningach, a tu dzwonią przyjaciele i wychodzisz...'"

Ale dlaczego? Vivian i dzieci nie jeżdżą z panem do Sao Vicente?
"Tak, ale ja wychodzę sam. Jednak moja żona była bardzo ważna dla mojej kariery".

Nie kusiło więc pana do zmiany przez te wszystkie lata.
"Ach, kusiło, wiele razy" (śmiech).

Jest w Milanie kolega, który zaskoczył pana tym, jaki jest mocny?
"Abate. A Ibra widziany z bliska jest jeszcze mocniejszy niż sądziłem".

A czemu się kłócicie?
"Bo on zawsze domaga się piłki, a to nie jest możliwe. W ten sposób w każdym meczu sobie rozmawiamy" (śmiech).

Jakiś szczególny epizod?
"Kilka niedziele temu: Ibra był na spalonym, ale i tak domagał się podania. Starałem się dać mu znak oczami, żeby wrócił, a on nic. Ostatecznie nie podałem i zaczął protestować. Kontynuowaliśmy do końca pierwszej połowy".

Trudniej zrozumieć Gattuso czy Cassano, kiedy mówią swoim dialektem?
"Cassano! Nie rozumiem ani słowa".

Kto pana najbardziej rozśmiesza?
"Zambrotta i Yepes. To dwaj staruszkowie, ale razem odstawiają niesamowite cyrki w szatni".

Niech się pan przyzna: ile razy Berlusconi zrugał pana za zmarnowaną okazję bramkową?
"Nigdy tego nie zrobił. Pamiętam natomiast przypadek, kiedy mi powiedział po błędzie pod bramką: 'Spokojnie, następnym razem trafisz'. I tak właśnie się stało".

Ale jak ktoś taki jak pan marnuje - wydawałoby się pewne - sytuacje podbramkowe?
"Też chciałbym to zrozumieć. Kiedy na Marassi nie trafiłem, będąc pół metra przed bramką, nie spałem przez całą noc. Kiedy sprawy są łatwe, za bardzo się rozluźniam, nie jestem odpowiednio zdecydowany i przekonany".

Jakiej swojej zachcianki jeszcze pan nie spełnił?
"Miałem jedno marzenie: kupić dom dla mojej mamy i wyrwać ją z miejsca, w którym była. Teraz mi się to udało i niczego więcej nie chcę".

Na punkcie czego ma pan bzika?
"Na punkcie wygranych pucharów. Nikt nie może ich dotykać, nawet mój syn. 'Rób, co chcesz z telewizorem', mówię mu, 'biada ci, jeśli dotkniesz któreś z moich trofeów!'"

Ale to nie pan jest tym, który wszędzie zabiera ze sobą prywatnego fryzjera?
"Mam jednego zaufanego, ale jest w Mediolanie. Jednak to prawda: włosy są tym, co mi się we mnie najbardziej podoba. Wraz z uśmiechem".



tłumaczenie: Camill
 


© Copyright 2002-2016 by ACMilan.PL  ::  Wszelkie prawa zastrzeżone