FERNANDO REDONDO DLA 'FORZA MILAN!'

Kiedy miał miejsce moment przełomowy, kiedy zacząłeś brać pod uwagę możliwość powrotu do zawodu piłkarza?
Przez cały ten okres były momenty, kiedy wydawało mi się, że jestem bliski osiągnięcia celu, jednak kiedy przychodziło wykonać ostatni wysiłek odnosiłem wrażenie, że nie wszystko jest tak jak być powinno, że za każdym razem czegoś jeszcze brakowało. Prawdziwy przełom nastąpił w ostatniej fazie rehabilitacji w Belgii, po pierwszym miesiącu gdzieś we wrześniu. Wtedy, dzięki Bogu, zacząłem się czuć dobrze psychicznie i brać pod uwagę, że tym razem może to być dobra okazja i to przekonanie pozwoliło mi jeszcze bardziej zaangażować się w pracę, to byłą rzecz fundamentalna na poziomie mentalnym.

Jak przebiegała praca w Belgii pod okiem profesora Martensa?
Były w zasadzie trzy etapy. W pierwszym, który trwał tydzień-dziesięć dni byłem poddany serii punktowych znieczuleń: wchodziłem do laboratorium i przy całkowitym znieczuleniu zakładano mi uciski na nodze by powstrzymać krążenie krwi i przez jakieś pół godziny implikowano mi dożylnie leki. Zabieg był powtarzany 4-5 razy, co było dobrym sposobem na zapomnienie o bólu w nodze. I tak aż wszystko powróciło do pełnej wydajności. Praca nad postawą, z gumowymi linami, na trampolinie z dołączoną ogromną poduszką, która służyła do nadania siły stawom i uelastycznienia ścięgien, tak by kolano nie bolało. Dalej praca na zewnątrz, w hali, a z niej wędrowałem na plażę: w Knokke, nad Morzem Północnym biegałem na plaży z przeszkodami lub bez. To była bardzo ciężka harówka, ale zaczynając ją wiedziałem, że przyniesie owoce i to pobudzało mnie do dalszej pracy. Kolano reagowało dobrze, dlatego z czasem wprowadziliśmy do zajęć piłkę. Po każdych zajęciach na plaży wchodziłem do wody, gdzie biegałem będąc po kostki w wodzie w lodowatym Atlantyku. Zajęcia te zwano 'antyopór'. To była główna część rehabilitacji przeprowadzana pod czujnym okiem fizjoterapeuty, współpracownika Martensa, Lievensa Maskala, przy stałej kontroli ze strony profesora Martensa i Billa Tilsona oraz doktorów Meerssemana i Tognacciniego, którzy zawsze byli w pobliżu. Wreszcie ostatnia część, w końcu na boisku, treningowej murawie Antwerpii, gdzie zacząłem odzyskiwać zaufanie do mojego najlepszego przyjaciela: piłki. Spotkałem także Shevę, który po operacji spędził tydzień czasu z nami, i Michele Serenę, także operowanego przez doktora Martensa. To były bardzo trudne trzy miesiące, praca i poświęcenie krok w krok, a rodzina była daleko. Ale dzięki Bogu, po dwóch fatalnych latach udało mi się zapanować na kolanem, co stało się dla mnie prawdziwą obsesją.

Jak oceniasz pracę Milan Lab?
To struktura, która już daje pozytywne rezultaty, która będzie ważne przede wszystkim w aspekcie zapobiegania kontuzjom. To istotna pomoc dla sztabu szkoleniowego i medycznego, ale w szczególności dla piłkarza, gdyż pozwala ci na kontrolę co 15 dni, daje ci namacalną informację jak się masz, w jakiej dziedzinie się poprawiłeś, nad czym musisz jeszcze popracować, jakim zagrożeniom jesteś poddany. To naprawdę niespotykane przedsięwzięcie, które ma spory udział w dobrym sezonie Milanu.

Zdarzyło ci się w pewnym momencie pomyśleć: dość tego, pora zawiesić buty na kołku?
Myślę, że poddanie się, to najgorsza rzecz jaką można zrobić w życiu. Piłka jest moją pracą i pasją, traktowałem to jako osobiste wyzwanie, powiedziałem sobie: chcę wygrać tą bitwę. I dzięki Bogu udało mi się, ani przez chwilę nie brałem pod uwagę poddanie się, nawet w najsmutniejszych momentach. A nie było ich mało.

Często mówisz 'dzięki Bogu'. Czy religia odegrała ważną rolę w rehabilitacji?
Oczywiście. Moje podejście do wiary nie uległo zmianie. Nigdy nie zaznałem głodu, nie należę też do tych, którzy często chodzą na msze, ale modlę się zawsze, tak w dobrych, jak i złych czasach. Obecność Boga odczułem w ten sposób, że wszystko co od Niego otrzymałem starałem się dodatkowo zaangażować do realizacji mojego celu.

Co najbardziej pamiętasz z pierwszego dnia pobytu w Milanello, już jako 'prawdziwy' piłkarz?
Przede wszystkim podróż. Kiedy przemierzałem samochodem trasę z San Siro do Milanello kilka razy wracałem myślami do minionego okresu, kiedy droga ta jawiła mi się niczym golgota. Teraz zaś jechałem tam, by wykonywać swoją pracę, nie musiałem już więcej obserwować moich kolegów przez okno w sali gimnastycznej. A później nastąpiła niespodzianka: kelnerzy z Milanello przynieśli wino i kieliszki do wzniesienia toastu na środku boiska. Naprawdę miły gest ze strony moich kolegów, potwierdzenie jak znakomitą są grupą, która tworzy się na bazie sukcesów tego Milanu.

Ancelotti był blisko ciebie w najtrudniejszych miesiącach?
Bardzo, pamiętam pierwszy dzień, kiedy siedzieliśmy przy stole w Milanello, jego słowa otuchy i zachęty. On także zaznał ciężkich kontuzji obu kolan i mówił mi, jak po tym wszystkim wyszedł z tego jeszcze silniejszy. Ale nie chciałbym zapomnieć o nikim przy okazji podziękowań. Bliscy byli mi wszyscy, dokładnie wszyscy, od prezydenta Berlusconiego po ostatniego członka obsługi w Milanello. I dlatego też jestem zaszczycony mogąc stanowić cząstkę tego Milanu.

Otrzymałeś też jakieś 'specjalne' przekazy, gdy powróciłeś na boisko?
Tak, bardzo wiele. Odezwali się nawet dwaj interiści: Guly, którego nie mogę jednak postrzegać jako rywala, gdyż jest moim przyjacielem, i Michele Serena. Przed meczem Milan-Roma otrzymałem fax podpisany przez Fabio Capello, który był moim trenerem w Realu Madryt, podpisali się pod nim także Christian (Panucci) i Italo (Galbiati). Zaskoczyła mnie też telegram z Neapolu, który wysłał Salvatore Carmando, masażysta, którego poznałem na World Cup'94, gdyż Maradona zażyczył sobie jego obecności przy reprezentacji Argentyny. Wszyscy byli mili, także moi przyjaciele z Realu, od Raula do Hierro, od Santiago (Solari) po Cambiasso.

Który mecz przyniósł większe emocje, powrót na boisko w meczu z Anconą w Coppa Italia, czy debiut w Serie A na San Siro przeciw Romie?
San Siro to wyjątkowy obiekt, ciężko będzie zapomnieć moment zmiany za Shevchenkę: śpiew kibiców, wejście na boisko przy obecności na trybunach mojego taty i syna, Seedorfa, który bił mi brawo, i podobnie pozostali piłkarze Milanu i Romy. A do tego, mimo iż tylko przez jakieś dziesięć minut, czułem się piłkarsko lepiej niż w Anconie. Tam zaliczyłem mój oficjalny powrót, ale byłem nieco przyblokowany emocjami i na boisku nie czułem jeszcze odpowiedniego rytmu.

Koszulka numer 5, powrót do korzeni...
To prawda, nie zakładałem jej od czasu gry w reprezentacji Argentyny. W Realu numer 5 przynależał do Sancisa, tu w Milanie muszę podziękować Billy'emu Costacurcie, który zachował się w stosunku do mnie wspaniale. Pod koniec lipca wydawało się, że nie pozostanie w Milanie, tak więc w rozmowie telefonicznej powiedział mi, że byłby zaszczycony, gdybym zakładał jego koszulkę. Kiedy powrócił do Milanu chciałem zmienić ten numer, gdyż przynależał on do niego, mogłem zakładać numer 55, albo jakikolwiek inny. Niestety lista z numerami została już przekazana do Lega Calcio i nie było możliwości dokonania zmiany, jednak 'właścicielem' tego numeru pozostaje on, powiedzmy, że na ten sezon tylko mi go wypożyczył.

Przybyłeś do Milanu z prawie dziesięcioletnim poślizgiem..
Tak, przypomniał mi to w szatni po meczu Milan-Roma prezydent Berlusconi. W 1992 roku graliśmy sparing Tenerife-Milan, od którego rozpoczęły się rozmowy transferowe. Niestety prezydent Javier Perez zmienił zdanie, ale w końcu z małym opóźnieniem mogłem założyć czerwono-czarną koszulkę. To było marzeniem mojego ojca, który od zawsze był wielkim admiratorem Milanu.

Który cel wydaje ci się bardziej w zasięgu Milanu spośród scudetta i Ligi Mistrzów?
Nie żebym był zarozumiały, ale oba. Zespół ma bardzo wysokie umiejętności techniczne, wielką osobowość i charakter, który jest niezbędny do pokonywania przeszkód, jakie pojawiają się w trakcie sezonu. Po kilku trudnych latach wydaje mi się, że Ancelotti przywrócił Milanowi piłkarski styl, którym zawsze wyróżniał się na świecie. Granie o zwycięstwo, ale także, by zabawić publiczność.

Wiesz co jest zaplanowane na 12 marca?
Real Madryt - AC Milan w Lidze Mistrzów. Zamykam oczy i wyobrażam sobie, że stoję w tunelu na Santiago Bernabeu, gotowy do wyjścia na boisko. Byłoby cudownym zagrać na tym stadionie i wiele dla mnie znaczy, możliwość bronienia barw Milanu. A później mam nadzieję, że mecz powtórzy się w maju, gdyż finał Ligi Mistrzów pomiędzy Milanem a Realem byłby najlepszą reklamą europejskiego futbolu. Ale wciąż brakuje jeszcze kilka tygodni, w tej chwili najważniejsza jest praca, by powrócić do pełnej sprawności.

Ludzie widzą w tobie spadkobiercę Rijkaarda. Piękna odpowiedzialność...
Ceniłem wielu piłkarzy grających na mojej pozycji, kiedy byłem mały szalałem na punkcie Falcao, w Argentynie miałem dwa ważne wzory: Marangoniego i Batistę, który był moim partnerem w Argentinos Juniors po tym jak wygrał mundial w 1986 roku w Meksyku. Ale myślę, że Rijkaard był wyjątkowy, fenomen jeśli chodzi o ustawianie się, wizję gry, osobowość.

To prawda, że w rodzinie inny Redondo zapowiada się interesująco?
Spokojnie, nie zagalopujmy się. Fernandito gra w Alcione, tu, tuż za domem. Ale robi to dla hobby, bawi się przy tym i to dobrze, że ośmiolatek uczy się życia u boku rówieśników także poza szkołą. Gra w pomocy, ale na prawej stronie, tak więc nie do końca poszedł w ślady ojca. Zawsze najgorszą rzeczą, jaką może zrobić rodzić jest naciskać na dziecko, w jakimkolwiek charakterze. A odnosząc się jeszcze do sportu, jest to tym trudniejsze, gdy ojciec jest piłkarzem.

Jak przebiega adaptacja rodziny Redodno do życia w mediolańskiej rzeczywistości?
Znakomicie. Ja, Natalia i dzieci z każdym dniem czujemy się w Mediolanie coraz lepiej, choć oczywistym jest, że kontuzja spowolniła proces adaptacji. Niestety przez te ostatnie lata rzadko byliśmy w Mediolanie, ale teraz chcemy także w tym względzie odzyskać stracony czas.

Jako Argentyńczyk z hiszpańskim paszportem żałujesz braku tamtejszej kuchni?
Dobrze się czuję z kuchnią włoską i ten makaron...beh, ten jest naprawdę nie do przebicia.

tłumaczenie: dezali



© Copyright 2002-2016 by ACMilan.PL  ::  Wszelkie prawa zastrzeżone