RICCARDO MONTOLIVO DLA SPORTWEEK


Niespełna miesiąc po rozpoczęciu nowego życia u rossonerich, które stawia go na rozdrożu (z jednej strony czeka chwała, z drugiej grozi ostateczne zaszufladkowanie w niższej kategorii), 27-letni pomocnik Riccardo Montolivo odczuwa potrzebę wyjaśnienia krążących na jego temat uprzedzeń. Na boisku i poza nim.

Zaznaczając, że wyrażenie 'metroseksualny' nie jest obelgą, lecz oznacza osobę szczególnie dbającą o swój wygląd, Alessandro Cecchi Paone oświadczył, że w reprezentacji jest takich trzech. Jednym z nich miałby być pan. Reakcja?
"Nieźle się uśmiałem. Ja metroseksualny? Przyjrzeliście mi się dobrze? Nie jestem wydepilowany, nie mam tatuaży, do fryzjera chodzę raz na ruski rok, nie używam kremów, mam popękane dłonie... Jak się dowiedziałem, pomyślałem: drogi Cecchi Paone, tym razem spudłowałeś".

Śmieje się pan również wtedy, kiedy mówią, że po ośmiu latach w Serie A ni to z pana pies, ni wydra?
"Nie. Wtedy się wściekam, bo to nie jest prawda. Zapłaciłem za swoje przystosowanie do wielu pozycji: rozgrywający, półskrzydłowy, trequartista. W ten sposób nie ma wobec mnie jednoznacznej opinii. Jest tylko: tak, jest niezły, ale... Tak, może być ofensywnym pomocnikiem, ale nie jest nim z natury... Tak, ma dryg półskrzydłowego, ale hmm... Z jednej strony to, że mogę grać na różnych pozycjach, jest zaletą, lecz z drugiej dla wielu z tego powodu pozostajesz pół-piłkarzem".

Co pan powiedział Allegriemu w kwestii pozycji?
"Chcę grać w pomocy. Na pewno nie jako trequartista. W reprezentacji to robię, ale mam wówczas szczególne zadania. Połóżmy temu kres: nie jestem 'dziesiątką'".

Jak chciałby pan zostać zapamiętany po zakończeniu kariery?
"Jako pomocnik kompletny, który umiał bronić, inicjować akcje i atakować".

Czuje się pan na siłach, aby wziąć do ręki klucze do Milanu osieroconego przez Pirlo?
"Po to tu jestem".

Rozejdą się porównania do pana poprzednika: lepiej zasłonić uszy czy zareagować pokazując osobowość?
"Udawanie, że nic się nie dzieje, nie ma sensu, ale lepiej jest pokazać na boisku - a nie w słowach - że krytycy się mylą".

Czego brakuje panu do tego, by stać się numerem jeden?
"Potwierdzenia się w wielkim klubie, gdzie osiąga się wielkie sukcesy".

Do Milanu przybył pański wielki przyjaciel Pazzini. Co was tak bardzo łączy?
"Lata w sektorze młodzieżowym Atalanty, w czasie których mieliśmy wspólne marzenia i nadzieje, a także wygrana w Coppa Italia Primavera. Debiutowaliśmy w Serie B, Serie A i reprezentacji do lat 21 razem w tych samych meczach".

Najzabawniejsze wspomnienie z tych wielu lat wspólnego życia?
"To było kiedy dołączyłem do niego w Fiorentinie. On nie był jeszcze znany, dla mnie to był pierwszy sezon. Byliśmy dość podobni, również pod względem fryzury. Ludzie mylili nas ze sobą: na ulicy prosili mnie o autograf lub zdjęcie, myśląc że to on i vice versa. Również dlatego zaczęto nazywać nas Pazzolivo".

Tak szczerze: nie spodziewał się pan spotkać go ponownie w Milanie.
"Nie, głównie dlatego, że był po drugiej stronie barykady. Kiedy go zobaczyłem, powiedziałem mu właśnie to: wybacz, ale czy nie byłeś wrogiem i nie ubierałeś się na czarno-niebiesko?"

W szatni jest pan kimś, kto słucha i siedzi cicho, czy raczej mówi i podnosi głos?
"W Fiorentinie byłem kapitanem, więc podnosiłem głos w razie potrzeby".

Z Florencją rozstał się też pan w niezgodzie po siedmiu długich latach.
"Klub zrobił wszystko, aby postawić mnie w złym świetle w oczach kibiców. Starano się usprawiedliwić brak przedłużenia mojego kontraktu, obwiniając mnie o rzeczy, których nie zrobiłem. Wciąż jestem zdania, że byłoby inaczej i potoczyłoby się to znacznie spokojniej dla wszystkich, gdybym mógł odbyć spotkanie z działaczami i wyjaśnić im swoje racje oraz powody, dla których zdecydowałem się odejść. To jednak było niemożliwe od samego początku".

Co pana najbardziej zabolało?
"Pozbawienie mnie kapitańskiej opaski. Klub chciał, aby moi koledzy powiedzieli dziennikarzom, że to oni mnie jej pozbawili, ale to nie była prawda, bo właśnie oni mi ją dali. Poza tym moja sławetna wypowiedź o Nocerino, który grał na Camp Nou, podczas gdy ja nigdy tam nie byłem. Nie było miło zobaczyć, że to wypłynęło, bo to była część prywatnej rozmowy. Jednak między mną a Antonio nie było najmniejszego problemu. Wyjaśniłem mu przez telefon, zanim jeszcze o tym przeczytał: 'słuchaj, jutro zobaczysz moje słowa na swój temat, ale nie miałem zamiaru cię obrazić'. W rzeczywistości chciałem wówczas powiedzieć, że on miał możliwość poprawienia swojej kariery do takiego stopnia, że mógł grać z Barceloną. Mnie takiej możliwości pozbawiono".

Najgorszy moment?
"Boże Narodzenie. We Florencji zrobili ze mnie zdrajcę i zaczęły pojawiać się groźby: na murach, w Internecie..."

Jak zareagował pan na tę wrogość? Zaszył się pan w domu?
"Podjąłem środki ostrożności. Pilnowałem własnego nosa, a kiedy wychodziłem, unikałem zatłoczonych miejsc. Ale muszę powiedzieć, że na ulicy nigdy nie było problemów, a tylko oznaki przywiązania. Co innego na stadionie: tam gwizdy i wyzwiska spadały niczym krople deszczu".

Czy te doświadczenia zostawiły po sobie znaki?
"Florencja nie jest łatwym miastem. Założyłem pancerz. Już nie wiem co to strach, przynajmniej w futbolu".

Co panu nie pasuje w środowisku, w którym pan pracuje?
"Roztrząsanie każdej sytuacji: zarówno pozytywnej, jak i negatywnej. Nie popieram braku równowagi - być może dlatego, że sam jestem osobą zrównoważoną. To nie jest wina jakiejś konkretnej osoby. Cały kraj stał się taki: każdy jest przeciwko każdemu. Wolę mówić o tym, co mi się podoba w piłce: relacje z kolegami. Mam wrażenie, że w Milanie jestem od zawsze i nie jest to tylko utarte powiedzenie. Czytałem, że szatnia Milanu jest wyjątkowa: wchodząc tu osobiście, zrozumiałem co to znaczy".

W Milanello zrobił pan wrażenie ze względu na punktualność i zaangażowanie wkładane w wykonywaną pracę. To zasługa mamy Niemki?
(śmiech) "Proszę włączyć w to również tatę. On był jeszcze bardziej surowy niż mama, która - jak na Niemkę przystało - w pewnych kwestiach była bardzo rygorystyczna. Tak, nie da się uniknąć tego, że zachowuję się w sposób, jakiego mnie nauczono. Jestem dumny z moich rodziców i mam nadzieję, że wezmę to co najlepsze z ich modelu wychowania, kiedy sam zostanę ojcem".

Jaka jest pańska rodzina?
"Tata jest anestezjologiem w mediolańskim szpitalu Galeazzi, mama raz w tygodniu udziela lekcji niemieckiego. Mam też brata, który jest prawnikiem".

Pan jest czarną owcą!
(śmiech) "Tak. Ale mam dyplom księgowego, a zanim w wieku 18 lat trafiłem do pierwszej drużyny Atalanty, nauka była moim głównym zajęciem".

W jakim języku rozmawiało się w domu?
"Z mamą po niemiecku, z tatą po włosku. Ja do jedenastego roku życia mieszałem niemiecki i włoski".

Jakim był pan dzieckiem?
"Nie sprawiałem zbytnich problemów - być może właśnie z powodu tego, jak byłem wychowywany. Oczywiście zdarzały się wybryki: na przykład pół godziny spóźnienia przy powrocie do domu. W takich przypadkach to tata bardziej odpuszczał. Sporo czasu spędzałem w oratorium, gdzie poznałem wielu przyjaciół, z którymi nigdy nie straciłem kontaktu. Cieszę się z gry Milanie również dlatego, że jestem bliżej Caravaggio - miejsca, w którym się wychowałem. Mogę się częściej z nimi spotykać".

Jak pozostaje się normalnym w świecie futbolowej elity i oferowanych przez niego możliwości finansowych?
"Być może nadal robiąc zakupy w tanich sklepach, tak jak robię to ja. Staram się być jak wszyscy niezależnie od mojej pracy. Oddzielam zawód od życia prywatnego. Kiedy przychodzę na trening, wystawiam żądło, kiedy wracam do domu, chowam je".

Nie tylko dlatego zdobył pan względy Cristiny De Pin. Wygląda na to, że zadziałały długie i dyskretne zaloty, a także to, że umie pan prawidłowo stosować tryby łączące w wypowiedziach.
(śmiech) "To prawda. Moje zaloty były bardzo klasyczne: pierwszy raz pocałowałem ją - w policzek - po miesiącu spotkań. Poza tym kolacje, kwiaty... Była pełna uprzedzeń wobec piłkarzy i być może również dlatego była oczarowana moją elokwencją".


tłumaczenie: TomekW
 


© Copyright 2002-2016 by ACMilan.PL  ::  Wszelkie prawa zastrzeżone