GENNARO GATTUSO DLA TMW MAGAZINE


Zaczniemy od pańskiego stanu zdrowia?
"Teraz wznowiłem treningi i mam nadzieję, że wkrótce z tego wyjdę. Jednego jestem pewien: nie chcę być ciężarem dla zespołu, w którym będę grać, choć oczywiście liczę na to, że będzie to Milan. Chcę udowodnić, że siłą woli można dokonać wszystkiego. Chcę zrobić to ze względu na siebie i dla innych".

Pańska mentalność sięga daleko. Kim był Gattuso, zanim stał się wielkim piłkarzem, którego wszyscy znają?
"Pochodzę ze Schavioney, kilkutysięcznej miejscowości z okolic Cosenzy. Od dziecka wychowywałem się z piłkarską torbą na plecach. Mój ojciec był piłkarzem bardzo dobrze znanym w ligach międzyregionalnych. Jednak piłkarskie szkółki na początku nie przemawiały do mnie. Wolałem żyć piłką na ulicy. Potem... Minęło wiele lat i teraz mogę to powiedzieć: jako jedenastolatek grałem pod zmyślonym nazwiskiem, żeby móc wyjść na boisko ze starszymi".

Potem Perugia z przystankiem w Bolonii.
"Franco Ceravolo wypatrzył mnie podczas torunee z reprezentacją regionu. Najpierw trafiłem do Bologny, ale zostałem tylko 20 dni. Potem jako 13-latek przeniosłem się do Perugii dzięki Walterowi Sabatiniemu. Tam jako 17-latek zadebiutowałem u Galeone. Trener był bardzo wymagający wobec młodych i po moim pierwszym meczu - 22 grudnia 1996 - zmasakrował mnie za gola przestrzelonego w 90'. Przy tych moich nogach wyszedł mi kiepski strzał..."

Potem wyjazd do Szkocji, do Glasgow Rangers.
"To doświadczenie, które mnie zmieniło, nadało mi świadomość pełnionej funkcji i moich możliwości, a także pozwoliło zrozumieć, że mam cechy przywódcze. W Szkocji miałem dwie różne fazy: z Advocaatem był rozłam, bo wystawiał mnie jako bocznego obrońcę. Porrini doznał kontuzji i to miało być tymczasowe rozwiązanie na mecz z Hearts. Jeden, drugi, trzeci raz, aż stałem się alternatywą na tej pozycji i poprosiłem o odejście. Rok wcześniej rozegrałem ponad 40 spotkań, strzelając przy tym wiele goli".

Opowie nam pan o swoich 'Old Firm', derbach Glasgow?
"Przytoczę anegdotę. Walter Smith - trener, który chciał mnie w Gers - powiedział mi w trakcie tygodnia, żebym był spokojny przez piewrsze dwadzieścia minut przeciwko Celtikowi i żebym nie startował na maksa. W dwudziestej sekundzie dostałem żółtą kartką, a w przerwie dosłownie zdzielił mnie butem po łbie".

Krótko mówiąc - szczególne derby.
"Grałem ich ponad 30 w Milanie, ale atmosfera w Glasgow jest zupełnie inna, bo napędza ją również ostra rywalizacja pozapiłkarska. Była to jednak wspaniała przygoda. Nidgy nie zapomnę szczególnych stadionów, jak ten w Aberdeen położony obok cmentarza, czy te w Dundee, gdzie obiekty rywalizujących zespołów były od siebie oddalone o 50 metrów".

Potem powrót do Włoch: najpierw Salernitana i w końcu Milan.
"Przy przenosinach z Salerno do Mediolanu ważny był pressing ze strony managera Burianiego, który naciskał mocno na Braidę, aby mnie sprowadzili. Początkowo u rossonerich nie czułem się jak u siebie. Czułem presję, wagę tej koszulki, chciałem grać regularnie. Kusiły mnie syreny Fiorentiny Trapattoniego, ale Braida przekonał mnie, abym został. I miał rację: przeżyłem wiele radości oraz kilka ciosów. To klub jedyny w swoim rodzaju. Dał mi wszystko, również w najtrudniejszych chwilach".

A propos ciosów: co, jeśli powiem Stambuł?
"Finał Ligi Mistrzów przeciwko Liverpoolowi. 3-0, potem 3-3, a potem porażka... To rana, która nigdy się nie zagoi, bo graliśmy dobrze przed tym zaćmieniem. W szatni zapadła cisza, a światło zapaliło sie ponownie dopiero po kilku miesiącach. Potem jednak - wyjaśniając ducha Milanu - potrafiliśmy od razu się podnieść, a rewanż w Atenach jest na to dowodem".

Wracając do przeszłości: Szkocja była dla pana punktem zwrotnym nie tylko na boisku.
"Tam poznałem moją żonę Monikę. Często chodziłem do lokalu włoskiego restauratora, żyjącego od lat w Szkocji. Był jej ojcem i tak zaczęłą się ta przygoda. Mamy dwójkę dzieci - Gabrielę i Francesco, żyjemy w Gallarate i jesteśmy naprawdę szczęśliwi".

Niedaleko jest pańska wspaniała 'Ittica e gastronomia Gattuso e Bianchi'.
"Świat restauracji bardzo mnie fascynuje. Jestem człowiekiem morza i - bez fałszywej skromności - biznesmenem. Łączymy tu dwie rzeczy: z jednej strony lokalu jest stoisko rybne, z drugiej miejsce, w którym można mieć kontakt z kuchnią. Są też Curva Sud i Curva Nord z chłopcami z całych Włoch, którzy tu pracują..."

Jestem ciekaw, czy to już wszystko o Gattuso biznesmenie.
"Mam jeszcze dwie restauracje: Tres Jolie w Mediolanie i Osteria del Mare w Montecarlo".

Proszę mi wybaczyć, ale... Dobrze się wiedzie?
"A co, może marnujemy czas?"

Miłośnik jedzenia i dobrego życia?
"Jeśli mnie pytają, czy wolę wieczór w lokalu czy w domu, mówię, że w kantynie z przyjaciółmi. Gdybym tak zachował wszystkie wina, które otworzyłem, miałbym niezłą kolekcję. Przechodzimy przez życie i Toto miał rację, mówiąc, że jesteśmy wszyscy równi w obliczu śmierci. Musimy jednak dokonywać wyborów, rozważnych i przemyślanych".

Pan dokonał kilku, również dla swojego regionu.
"Mam fundację, Forza Ragazzi, z którą postawiłem na nogi szkółkę pilkarską dla 150 dzieciaków z mojego regionu. Nie ma w niej opłat. Dzięki Alessandro D'Amico i Dario Tosettiemu jest też boisko z syntetyczną trawą. Wyjechałem jako 12-latek, ale zawsze byłem związany z moimi korzeniami. Na pewno nie żyłem w luksusach, ale byłem najszczęśliwszym dzieckiem na świecie. Teraz - po narodzinach moich dzieci - rzadziej wracam w rodzinne strony i przyznaję, że mi tego brakuje".

Proszę wybaczyć ciekawość: to prawda, że w Kanadzie obchodzą 'Dzień Gattuso'?
"Prawda, prawda. Ustanowili go w Oshawie, gdzie jest wielka włoska społeczność. Byłem tam z fundacją, a cała w tym zasługa mojego agenta D'Amico. Jestem gościem, którego głowa stale pracuje: dlatego nie lubię wakacji na Karaibach, bo tam nie jestem w stanie się zrelaksować. Powiedzmy, że jestem bardzo aktywny, być może nawet za bardzo, ale mój mózg stale pracuje".

Jakiej muzyki słucha Ringhio Gattuso? Wyobrażamy sobie pana jako gościa lubiącego ciężki rock.
"Ja? Nie, w kwestii muzyki jestem romantykiem, takim staromodnym. Przechodzę od aktualnej Adele do Battistiego, Celentano i Alunni del Sole".

Wydaje nam się, że po Mundialu 2006 jednym z elementów ścieżki dźwiękowej pańskiego życia może być też Seven Nation Army.
"Po niemieckim Mundialu wszystko się zmieniło i umiałem dopilnować, by w następnych tygodniach i miesiącach nie uderzyła mi do głowy sodówka. Zarządzać pieniędzmi jest trudniej niż grać w piłkę. Nie możemy zapominać, że pochodzimy ze zwykłych rodzin. Nie możemy stracić z oczu tego, że pokora jest bardzo ważna, zwłaszcza w tak pozłacanym świecie jak ten. Ja nie jestem maniakiem samochodów, nie lubię niepohamowanego luksusu. Wolę zjeść codziennie danie z makaronu niż kawior dziś, a jutro pół bułki".

To rozumowanie boiskowego wojownika, ale także osoby z głową na karku.
"Kontrolę straciłem tylko raz: z Joe Jordanem podczas meczu z Tottenhamem. To był błąd, potworny błąd, ale jestem zadowolony, że to przyznałem. Miałem problem z kolanem, a Palacios wykonał staszliwe wejście, które spowodowało u mnie głęboką ranę. Po meczu założyli mi 12 szwów koło rzepki i od tego momentu byłem w sportowym transie. Potem stało się to, co wszyscy wiedzą".

Co pan na to, żeby zakończyć pewną zabawą? Dziesięciu kolegów, których pan nie zapomni. Dziesięciu kolegów, którzy naznaczyli pana życie.
"Między słupkami Abbiati: gość, który jednego dnia jest dobry, a następnego do połowy zbzikowany. Potem Cafu: zawsze zadawałem sobie pytanie, jak on może tyle biegać i nadal się uśmiechać. Nigdy nie widziałem go rozzłoszczonego. Z drugiej strony Serginho: zrobił ćwierć tego, czego mógł dokonać w trakcie swojej kariery. Oszałamiający talent, ale zbyt leniwy. W środku Maldini i Nesta. Kapitan zwykle się nie odzywał, ale kiedy podnosił głos, to robił to naprawdę. Wszystko robił jako pierwszy i to tłumaczy, dlaczego był w stanie grać do czterdziestki. Z nim Nesta: mistrz równie nieśmiały przed kamerami, co dokazujący w szatni. Jednak największym 'skurw...' - i mówię to w sposób przyjacielski - jest Pirlo".

Pirlo?
"Kapitan 'skurczybyków'. Chłopak unikalny pod względem poczucia humoru i wzbudzanej przez siebie sympatii. Prawdziwy przyjaciel. Potem wystawiam też Rui Costę, Kakę, Shechenkę i Seedorfa. Clarence ma w szatni przydomek 'Obama'. Ma unikalną klasę i kiedy coś powie, to tak ma być".

Mylę się, czy w tym składzie nie ma nikogo z nowej fali rossonerich?
"To chłopaki, z którymi dorastałem. Brak mi ich, choć dzisiejsza szatnia jest zgrana. Jednak ze względu na wiek i historyczny okres czułem się w obowiązku wymienić te nazwiska".

Jestem ciekaw: którego piłkarza najtrudniej się kryło? No i czy jest w obiegu nowy Gattuso?
"Na pierwsze pytanie odpowiem: Zidane - człowiek, który nogą mógłby grać w trzy karty. Ja widzę siebie jako następcę Benettiego, Lodettiego, Furino: zawsze byłem od podawania wody. Dziś nie ma nowych Pirlo czy nowych Gattuso. Ani Davidsów, ani Deschampsów. Jest jednak piłkarz, który bardzo mi się podoba: Asamoah z Udinese".



tłumaczenie: TomekW
 


© Copyright 2002-2016 by ACMilan.PL  ::  Wszelkie prawa zastrzeżone