STEPHAN EL SHAARAWY DLA SPORTWEEK


W tej maszynce mielącej korzyści i szkody, jaką stał się futbol, status zawodowy piłkarza określa również to, ile osób ma wokół siebie, kiedy mówi. Przez cały czas trwania wywiadu Stephan El Shaarawy jest ściśle (bardzo ściśle) kryty przez sztab osób wystarczająco liczny, by w locie skorygować jakąkolwiek wypowiedź, która wymknie mu się z ust, zanim trafi ona do notatnika dziennikarza. Wcześniej do SportWeeka dotarła prośba, aby nie robić z młodzieńca kogoś, kim nie jest (czy aby na pewno?): potwierdzonego mistrza. To zrozumiałe ze względu na wiek. Ale też powierzchowne. Największy włoski talent i lider klasyfikacji strzelców Serie A sam dba o to, by pozostać na ziemi. Ma dopiero 20 lat i trochę ponad sezon doświadczenia w Serie A, ale już wie, jak działa ten świat - jego świat: to jak roller coaster, którym jedzie się w górę i w dół z wielką prędkością i można nabawić się bólu głowy. Albo gorzej: wykoleić się, jeśli nie uważa się na to, jak poruszać się poza boiskiem, gdzie liczy się ostrożność i pokora, aby nie wypaść banalnie. Tak chce wielki cyrk futbolu, w którym młodemu wybacza się ośmieszający drybling, ale nie niestosowną wypowiedź. Czyli grzebień wysoko, lecz profil nisko.

Oczy jednak nigdy nie zdradzają. A te Stephana nadal są takie, jak przy okazji jego pierwszego wywiadu w roli gracza Milanu, udzielonego nam w lipcu zeszłego roku. Są błyszczące i żywe. Oczy tego, który wie, czego chce i wie, jak to osiągnąć. Tego, który - ze względu na instynkt i osobowość - wolałby delikatne dogryzienie i oryginalność myśli. Ale jeśli prywatne niedopowiedzenie pomaga odgrywać główną rolę jako piłkarz, to cena jest uczciwa. Zwłaszcza wtedy, gdy pokazałeś, że nogami ruszasz jeszcze lepiej niż językiem.

Siedemnaście miesięcy po pańskich pierwszych słowach w barwach rossonerich: jak w tym czasie zmienił się piłkarz i człowiek?
"Obaj bardzo się zmienili. Obaj na lepsze".

Zacznijmy od piłkarza.
"Jak mawia Allegri - mój trener - muszę się jeszcze wiele nauczyć: poruszania bez piłki, uwalniania spod krycia".

A z ludzkiego punktu widzenia?
"Zrobiłem prawo jazdy, więc nie muszę już jeździć do Milanello z Antoninim! (śmiech) Na poważnie: jestem dojrzalszy. Mój rozwój był ułatwiony przez środowisko pracy i fakt przybycia do wielkiego miasta. W Milanello poznałem mistrzów, którzy wiele mi przekazali. Życie w Mediolanie zmienia cię siłą rzeczy, jeśli dotychczas mieszkałeś z rodziną lub w małych miasteczkach".

Kto nauczył pana najwięcej w Milanie?
"Wybieram Ibrę i Thiago Silvę pod względem technicznym, a Seedorfa, Inzaghiego i Ambrosiniego na płaszczyźnie ludzkiej: rady jak żyć w Mediolanie, jak zachowywać się poza boiskiem, jak wybierać i słuchać odpowiednich osób. Ale uczyłem się od wszystkich, choćby tylko przez obserwację poważnego podejścia do treningów, opanowania przy wystąpieniach publicznych, zachowania w relacjach z kibicami..."

A co pod względem czysto piłkarskim przekazali panu ludzie tacy jak Ibrahimović i Thiago Silva?
"Intensywność i jakość codziennej pracy. Na początku było ciężko wytrzymać to tempo, ale myślę, że się przyzwyczaiłem". (uśmiech)

Ibra nie czepiał się pana bez przerwy?
(śmiech) "Robił to z każdym. Pożera go wola zwyciężania. Przeczytałem jego autobiografię. Ciekawiła mnie jego droga życiowa i zawodowa. Chciałem dowiedzieć się więcej o powodach jego niezmiernej ambicji".

A Gattuso miał coś do pana czy nie, kiedy narzekał, że młodszym kolegom nie można dziś niczego wytknąć bez otrzymania w zamian irytującej reakcji?
"Mogę tylko powiedzieć, że nigdy nie kłóciłem się z Rino. Nie sądzę, by odnosił się do mnie, lecz ogólnie do młodzieży".

Podejście do meczu zmieniło się w porównaniu z debiutem w Serie A?
"Tak. Gram więcej i w konsekwencji ciąży na mnie większa odpowiedzialność. Ale 28 meczów rozegranych w zeszłym sezonie pomiędzy ligą a pucharami bardzo mi się przydało. Nie grałem mało, jak wciąż utrzymują niektórzy: grałem tyle, ile było trzeba".

Jest pan w tej chwili jednym - jeśli nie największym - z ulubieńców Curvy. Motywuje to pana czy przeraża?
"Motywuje. W ogóle się tego nie boję. Poza tym przyprawia mnie o dreszcze słuchanie, jak śpiewają dla mnie tę samą przyśpiewkę, którą dedykowali mojemu idolowi Kace: Siam venuti fin qua, siam venuti fin qua per vedere segnare Stephan".

Berlusconi uściskał pana podczas swojej wizyty w Milanello przed wyjazdem do Neapolu. Kiedy rozmawialiście po raz pierwszy?
"Po meczu w Udine w zeszłym sezonie. Wygraliśmy po moim golu i w szatni Galliani podał mi swój telefon mówiąc: prezydent do ciebie. Zrobiłem się cały czerwony i nie byłem w stanie otworzyć ust, podczas gdy on gratulował".

W Milanello różnicę między uzupełnieniem składu a główną postacią wyznacza miejsce przy stole podczas obiadu. Siedzi pan dziś z senatorami?
"Już od zeszłego roku siadam z wielkimi. Kiedy przychodzisz z Primavery lub z Serie B, jak ja, trudno jest stworzyć relacje z tymi, którzy są tu od lat i wygrali odpowiednio dużo. Ale to właśnie ci 'starzy' podeszli do mnie. Ambro, Abate, Antonini, Bonera: to z nimi teraz łączą mnie najlepsze relacje".

A jak jest poza boiskiem?
"Mieszkam w strefie San Siro. W zeszłym roku miałem w domu tatę, teraz jest mama, a czasem przychodzi mój brat".

Czyli zawsze jest ktoś, kto pomoże w kuchni i przy sprzątaniu...
"Ależ ja umiem sobie przyrządzić makaron i zawsze używam szmaty!"

Kiedy są u pana bliscy, przywołują jeszcze pana do porządku?
(śmiech) "Nie, nie, dają mi wolną rękę!"

Wolny czas?
"Bardzo dużo czasu spędzam w domu. Gram na Playstation, a w telewizji oglądam piłkę - ile się tylko da - oraz snooker - taką odmianę bilardu. Teraz kupuję sobie stół".

Co pan widział w Mediolanie? Duomo?
"Nie".

Castello Sforzesco?
"Nie".

Ostatnią Wieczerzę Leonardo?
"Nie. Byłem w paru restauracjach".

Osiągnął pan granicę 10 goli w lidze i wygrał zakład z Ambrosinim, który miał opłacić panu letnie wakacje na Karaibach w razie przekroczenia tej liczby. Wybrał pan już miejsce?
"Nie. To samo dotyczy miejsca ferii zimowych, za które też on płaci po moich golach. Ale pojadę w góry".

Komu czuje się pan wdzięczny w tej chwili?
"Dziś przede wszystkim Allegriemu. Nie jest kimś, kto dużo mówi, ale kiedy się odzywał, zawsze dawał mi dobre rady: piłkarskie i ludzkie. Po tej serii meczów, w których spisałem się bardzo dobrze, powiedział mi, że muszę pozostać nogami na ziemi, bo jestem młody i muszę jeszcze wiele udowodnić".

Proszę przekonać czytelników, że posłuchał go pan i nie uderzyła panu do głowy woda sodowa.
"Proszę popytać tych, którzy są blisko mnie i chcą mojego dobra. Jestem wciąż taki sam wobec wszystkich, począwszy od starych przyjaciół z rodzinnej Savony. Zmieniło się tylko to, że teraz ja płacę za pizzę".

Ale czy ten pseudonim - Faraon - nie jest zbyt zobowiązujący?
"Ale to nie go sobie nadałem! Nazwał mnie tak komentator Sky podczas transmisji na żywo z meczu Genoa - Empoli w fazie finałowej Campionato Primavera dwa lata temu. Strzeliłem gola i padłem na kolana naśladując typowy egipski gest z palcami złożonymi na kształt wachlarza. Od tego czasu stałem się Faraonem i to mi pasuje, zwłaszcza że od strony ojca jestem Egipcjaninem".

Kiedy przegląda się pan w lustrze, to myśli "jak pięknie, dorosłem bardzo szybko" czy "jak szkoda, tyle rzeczy przegapiłem"?
"To pierwsze. Bardzo dojrzałem, ale wcale nie tak szybko, żeby nagle nie mieć już się czego nauczyć. Pod każdym względem".

Tak szczerze: zawsze pan w to wierzył.
"Tak, zawsze wierzyłem. Zawsze dawałem z siebie wszystko i nie patrzyłem daleko, tylko starałem się wziąć jak najwięcej z tego, co miałem w danym momencie na wyciągnięcie ręki".

Czy miałoby to inną wartość, gdyby stał się pan ważny dla Milanu z Ibrą i Cassano nadal u rossonerich?
"Na pewno wraz z ich odejściem zrobiło się dla mnie więcej miejsca, ale nie ma dowodu na to, czy byłoby inaczej. Zresztą w zeszłym sezonie też grałem w wielu meczach i miałem sporo okazji bramkowych. Różnica polega na tym, że w tym roku je wykorzystuje".

Niech pan nie mówi, że jest zawodowym goleadorem...
(uśmiech) "Tak mówią statystyki. Zawsze strzelałem więcej niż asystowałem".

Wkrótce przedłuży pan kontrakt do 2018. Ufa pan, że Milan znów będzie wielki?
"Milan już jest wielki".

Jaka sztuczka wychodzi panu najlepiej na treningach?
"Zagranie między nogami podczas gry w dziada. Robinho jest specem od pewnych zagrań: rywalizujemy w 'dookoła świata' oraz w utrzymywaniu piłki na czole i karku..."

Najbardziej niewygodny obrońca, jakiego pan dotychczas spotkał?
"Zbyt łatwo wymieniać nazwiska Chielliniego i Samuela. Wybieram więc Puyola i Piqué z Barcelony. Zrobili na mnie naprawdę duże wrażenie, kiedy graliśmy z nimi rok temu w Lidze Mistrzów".

A piłkarz z naszej ligi, którego pan wcześniej nie znał, a zrobił na panu wrażenie?
"Denis z Atalanty: siła, technika i instynkt strzelecki".

Kiedy będzie mógł pan powiedzieć "dotarłem na miejsce"?
"Myślę, że nigdy. Siła mistrza polega na tym, że nigdy nie zadowala się tym co ma".

Boi się pan czegoś?
"Czasem myślę, że wystarczy naprawdę niewiele, by wrócić na sam dół".

Co się panu nie podoba w futbolu?
"..."

Z tyłu podpowiadają: "dziennikarze!" Stephan śmieje się, oczy błyszczą i przez chwilę znów widzimy bezczelnego chłopaka poznanego rok temu w Savonie.
tłumaczenie: TomekW
 


© Copyright 2002-2016 by ACMilan.PL  ::  Wszelkie prawa zastrzeżone