Fabricio Coloccini dla ‘Forza Milan!’

Powrócił do Milanu po kilku latach spędzonych zagranicą, które zostały spięte klamrą w postaci dwóch sukcesów: mistrzostwem Argentyny z San Lorenzo i złotem olimpijskim zdobytym z narodową reprezentacją. Gdy przybywał do Milanu miał zaledwie 19 lat. W klubie, ówczesnym mistrzu Włoch, spędził jeden sezon, nie rozgrywając ani jednego oficjalnego meczu. Wyjeżdżał jednak z przekonaniem, że ten rok nie był stracony.

Miałem możliwość przyglądania się z bliska takim mistrzom, jak Maldini i Costacurta, którzy obecnie ponownie są moimi kolegami z zespołu. Pod względem sportowym wspominam ten sezon pozytywnie, dlatego nie zastanawiałem się ani chwili, gdy otrzymałem szansę powrotu do klubu.

Coloccini powraca po blisko czterech latach rozłąki, bogatszy o liczne doświadczenia: oprócz mistrzostwa zdobytego w Argentynie, bardzo dobrze prezentował się podczas trzech sezonów gry w Primera Division, zadebiutował w pierwszej reprezentacji Argentyny, a w Atenach sięgnął po olimpijskie złoto. To ostatnie osiągnięcie przekonało szefów Milanu, że nastał właściwy czas, by powrócił do gniazda, na co młody obrońca przystał z entuzjazmem.

To dla mnie wielka szansa, kiedy w styczniu 2001 roku opuszczałem Milan, nie miałem pewności, że jeszcze tu powrócę. Oczywiście wierzyłem w to, jednak zdawałem sobie sprawę, że będę sobie musiał na powrót zapracować. Teraz wreszcie mogę powiedzieć, że mi się to udało.

Jakie zmiany zauważasz w porównaniu z poprzednim pobytem w klubie?
Zaszło ich wiele, w każdym aspekcie. Nowi koledzy, trener, pojawienie się Milan Lab - projektu, który wywarł na mnie wielkie wrażenie. Dla nas piłkarzy to ważne narzędzie, pozwalające uniknąć kontuzji.

Lubisz ruszać z grubej rury. W debiucie wśród seniorów zdobyłeś bramkę dla Boca Juniors, nie byle jakiego zespołu. W Milanie przyszło ci jednak czekać. Było to dla ciebie problemem?
Absolutnie nie, z powodów, o których wspominałem już wcześniej. Szansa obserwowania z bliska tak wielu znakomitości pozwoliła mi się rozwijać, zarówno jako piłkarz, jak i w życiu codziennym.

Jakbyś siebie określił na boisku?
Zazwyczaj gram na środku obrony, ale zdarzyło mi się również występować w linii pomocy. Miało to miejsce w reprezentacji i w barwach Alaves, na początku mojej przygody w Hiszpanii.

Jeden z twoich kolegów z defensywy reprezentacji Argentyny, Nicolas Burdisso, wylądował w Interze. Można już mówić o argentyńskiej szkole bronienia?
Uważam, że tak. W trakcie mojego pierwszego pobytu w Milanie grał tu Ayala, który później stał się opoką defensywy Valencii, mistrza Hiszpanii. Dwa inne wielkie europejskie kluby, Real i Manchester Utd., mają w swoich szeregach argentyńskich obrońców, Samuela i Heinze. Przez lata to Włosi stanowili klasę dla siebie w defensywie, podczas gdy Argentyna słynęła głównie z napastników. Być może obecnie sytuacja uległa zmianie na naszą korzyść.

Z niektórymi z wymienionych spędziłeś pracowite lato, zainicjowane turniejem Copa America, a zakończone sukcesem w igrzyskach olimpijskich.
Dwa wspaniałe doświadczenia, szczególnie to drugie. Po Copa America pozostaje gorycz z powodu porażki w finale z Brazylia, po tym, jak prowadziliśmy do 90'. Pozostaje jednak satysfakcja z debiutu w reprezentacji w tak ważnym turnieju. Jeśli chodzi o igrzyska olimpijskie jest to bez wątpienia najwspanialsza impreza, w jakiej kiedykolwiek uczestniczyłem, nie tylko z powodu odniesionego zwycięstwa.

Co najmilej wspominasz z turnieju w Atenach?
Przede wszystkim wioskę olimpijską. Panowała w niej szczególna atmosfera, która czyniła nas wszystkich równymi sobie. Dla mnie było to niczym powrót do szkoły: wszyscy mieliśmy okazję poznania nowych ludzi, uprawiających inne dyscypliny sportu, wymiany poglądów. Podobało mi się, gdy po pościeleniu rano łóżka wsiadałem do autobusu i jechałem na śniadanie. Żaden z nas się tego nie spodziewał.

We Włoszech polemika przy okazji igrzysk olimpijskich pomiędzy piłkarzami a sportowcami uprawiającymi inne dyscypliny sportu jest tradycją.
W Argentynie nic takiego nie miało miejsca, także dlatego, że przeszliśmy do historii.

Nawiązujesz do złota, które było oczekiwane od 1952 roku?
Dokładnie. My i koszykarze (którzy w finale pokonali Włochów) sprawiliśmy wspaniały prezent naszym rodakom. Jesteśmy z tego powodu dumni.

Poza złotem olimpijskim przez te lata osiągnąłeś niemało, tuż po zakończeniu pierwszego pobytu w Milanie zdobyłeś krajowe mistrzostwo.
Tak, z San Lorenzo w 2001 roku. Tytuł, oczekiwany od sześciu lat, przerwał hegemonię Boca Juniors i River Plate.

Później nastąpił hiszpański rozdział twojej kariery w Alaves, Atletico Madryt i Villareal.
Cenne i interesujące doświadczenie, dzięki któremu miałem okazję poznać zupełnie inny futbol, piękny i spektakularny. W Hiszpanii dużo gra się po ziemi, nie unika dryblingów. Jest znacznie mniej taktyki niż we Włoszech, choć wydaje mi się, że w porównaniu z moim pierwszym pobytem we Włoszech obecnie gra się tu bardziej widowiskowo. Największe w tym zasługi ma Milan.

Kiedy Ancelotti stawiał jednocześnie na Pirlo, Rui Costę, Seedorfa, Inzaghiego i Shevchenko wielu twierdziło, że nie zajdzie daleko z tak niezrównoważonym zespołem.
Tymczasem boisko przyznało mu rację. Granie ładnej piłki zawsze się opłaca. Myślę, że inne kluby pójdą w tym sezonie śladem Milanu.

Przez trzy lata osiągnąłeś tyle, ile inni nie potrafią osiągnąć przez całą karierę. Komu to zawdzięczasz?
Pierwsza nazwisko, jakie przychodzi mi do głowy, to Ramon Maddoni, człowiek, który odkrył mój talent. Był moim trenerem w Argentinos Juniors, zespole, w którym pierwsze kroki stawiali także Diego Maradona i dwóch starych znajomych Milanu, Claudio Borghi i Fernando Redondo. To on umożliwił mi przejście do Boca, pokrywając koszty podróży, a wówczas nie przelewało się w mojej rodzinie. Matka dwoiła się i troiła, by nas wykarmić, moja kariera na pewno nie była wówczas rzeczą najważniejszą. Jestem mu więc bardzo wdzięczny, gdyż jeśli nie spotkałbym go na swojej drodze, prawdopodobnie nigdy nie zostałbym zawodowym piłkarzem. Pamiętam również o Carlosie Bianchim, któremu zawdzięczam swój debiut w Boca, o Marcelo Bielsie, który umożliwił mi debiut w reprezentacji narodowej po wieloletniej przygodzie z reprezentacjami młodzieżowymi prowadzonymi przez Jose Pekermana. Pod wodzą tego ostatniego, obecnie selekcjonera reprezentacji seniorskiej, zdobyliśmy mistrzostwo świata do lat 20. To od niego nauczyłem się najwięcej, jako pierwszy wystawił mnie na środku obrony.
...pozycji, na której wiele może osiągnąć.



tłumaczenie: dezali



© Copyright 2002-2016 by ACMilan.PL  ::  Wszelkie prawa zastrzeżone