Cesare Maldini dla ‘Forza Milan!’

Pamiętasz swój pierwszy dzień w Milanello?
Oczywiście, że tak. Takich rzeczy się nie zapomina. Jestem przekonany, że był to poniedziałek, gdyż dzień wcześniej zagrałem jeszcze spotkanie w barwach Triestiny. Później wsiadłem w pociąg, który zresztą kursuje jeszcze po dziś dzień. Następnie wynajęliśmy samochód - podróżowałem z Pagliuccim, jednym z działaczy Triestiny. Pojechaliśmy na via Lovanio, niedaleko siedziby Milanu, gdzie przeprowadzone zostały badania medyczne. Następnie udaliśmy się do Legnano, do szefa piłkarskiej federacji, pana Beretty. Czekaliśmy na wyniki badań, wszystko poszło po naszej myśli, mimo iż moje kolano nie spisywało się wówczas najlepiej. Oczywiście nie wspomniałem wówczas o tym fakcie.

Miałeś 22 lata, jak wyglądało twoje zderzenie z wielkim miastem i klubem?
Było dość twarde, wszak przybywałem z niewielkiej miejscowości do Mediolanu, co nigdy nie jest rzeczą prostą. Dla przykładu Triestina dysponowała skromną siedzibą, podczas gdy siedziba Milanu ulokowana była w pałacyku na Corso Venezia 37. Już wchodząc do niego po schodach miałem wrażenie, że wkraczam do raju. Spotkałem Nordahla i Liedholma, którzy od razu służyli mi pomocą.

W ówczesnym Milanie aż roiło się od znakomitości. Kogo uważałeś za wzór dla siebie?
Omero Tognona, naszego kapitana, którego miałem być zmiennikiem. Był reprezentantem kraju, dopiero co powrócił z mundialu w Szwajcarii. Wydawało mi się, że będę jedynie jego zmiennikiem, bądź też Silvestriego, który również kandydował do gry na tej pozycji. Przypadek sprawił, że obaj odnieśli kontuzję, a Pedroni, który mógł ich ewentualnie zastąpić był w jeszcze gorszym stanie. Zagrałem więc ja i już nie oddałem miejsca w składzie. Klasyczny przypadek.

Byłeś już kapitanem, gdy do zespołu dołączył Nereo Rocco. Czy jego przybycie jeszcze bardziej umocniło twoje przywiązanie do Milanu?
Z pewnością tak. To był szczery, nie owijający w bawełnę człowiek, prawdziwy mistrz. Potrafił rozmawiać z każdym. Rocco przychodząc do Milanu nie wiedział nic o samym mieście. Radził się mnie w jaki sposób ma się po nim poruszać. Wcześniej nigdy nie wybierał się dalej niż poza trójkąt Triest-Treviso-Padwa. Już na samym początku miał ciężką przeprawę z szefostwem klubu i Gipo Vianim, dyrektorem technicznym. W pierwszym okresie wiele razy myślał o rezygnacji, pamiętam, że podczas jednej z kolacji powiedział mi: Cesare, to nie jest mój zespół. Miało to miejsce po spotkaniu we Florencji, w którym straciliśmy trzy lub cztery bramki. Wracaliśmy pociągiem, a jemu przez głowę przechodziły różne dziwne myśli, chciał podać się do dymisji. Wybraliśmy się do pijalni piwa na Corso Buenos Aires i wyznał mi, ze czuje się w klubie nieswojo. Odpowiedziałem mu, że Milan może przegrać jedno spotkanie, ale drugie, trzecie, czy czwarte już nie. Odpowiedział zobaczymy i nieco się uspokoił. Później dołączyli do nas nowi zawodnicy, powróciliśmy na właściwy tor i zdobyliśmy scudetto. Miałeś rację - powiedział mi później.

Tym, który chciał zburzyć wasze dobre stosunki, był Gipo Viani...
To był bardzo inteligentny człowiek, ale też bardzo arogancki, pewny siebie. Mieliśmy spięcie przy okazji meczu w Pucharze Mistrzów z Realem. Odniosłem ciężką kontuzję, niemal zerwałem mięsień. W trakcie przerwy starałem się opierać cierpieniu, a on wciąż mnie pouczał: No dalej, stać cię na to, możesz dalej grać. Oskarżył mnie o tchórzostwo przed resztą zespołu, tymczasem zawsze jako ostatni schodziłem z boiska. Nie byłem w stanie założyć spodenek, później musiałem pauzować przez 40 dni. Lekarzowi klubowemu powiedziałem przewrotnie: Panie doktorze, nic mi nie jest, mogę w tej chwili pójść na piechotę do Rzymu. Przypatrujący się temu pozostali szefowie klubu, Spadaccini i Carraro poprosili mnie, bym nic już na ten temat nie mówił. Byłem ich kapitanem.

Ty, Rivera, Baresi, Paolo. Co oznacza bycie kapitanem Milanu?
O obsadzie tej pozycji decyduje klub, ale w rzeczywistości decyzja należy do zespołu, który ocenia także to, jak kandydat zachowuje się poza boiskiem. Musi potrafić zachować się w szatni, jak i poza nią, utrzymywać dobre kontakty z działaczami, prasą, stanowić oparcie dla kolegów z zespołu. Milan przy doborze kapitanów zawsze miał dużo szczęścia.

Jak w każdym szanującym się związku tak i w twoim z Milanem miał miejsce kryzys. Zostałeś trenerem, lecz kilka miesięcy później zostałeś zdymisjonowany. Co takiego się wydarzyło?
To był ewidentnie mój błąd. Był 1974 rok, z klubu odszedł Nereo Rocco, zostałem poproszony o zastąpienie go. Wystarczyłoby bym odmówił, poczekał cztery, pięć miesięcy i rozpoczął pracę już z nowym Milanem, odnowionym, przebudowanym. Nie żałuję jednak absolutnie niczego, co zrobiłem dla klubu, tak rzeczy pozytywnych, jak i mniej udanych. To, że nasz związek przetrwał tak długo, świadczy o tym, że zawsze pozostawaliśmy w dobrych stosunkach.

To wydarzenie było największym rozczarowaniem twojej przygody z Milanem?
Przez te lata miałem wiele powodów do satysfakcji, ale też kilka do zmartwień. Jednak, gdy wkraczasz do sali z naszymi trofeami, spoglądasz wokół siebie, natychmiast pojmujesz, co oznacza Milan. Dla mnie przykładowo wszystko. Przeżywa się tu również rozczarowania, ale za każdym razem są one bodźcem do wzmożonej pracy. Jeśli spojrzymy na ostatni sezon, znajdziemy spotkanie z Deportivo, po którym jednak nastąpił sukces w lidze. To charakteryzowało Milan od zawsze, nigdy nie przeżyliśmy wielu lat bez choćby jednego sukcesu, tak jak ma to obecnie miejsce w Interze. Nie mówię to bynajmniej, by wzniecić jakąś polemikę.

Czułeś się 100% milanistą także wówczas, gdy pracowałeś z reprezentacją, czy w innych miejscach?
Tak, gdyż mieszkając w Mediolanie często gościłem w siedzibie klubu, spotykałem znajomych. Było to naturalne także w przypadku wszystkich innych klubów w okresie, gdy pracowałem dla federacji. Odwiedzając siedzibę Milanu czułem się jednak jakbym odwiedzał rodzinę. Wybierałem się do Milanello pod byle wymówką, by sprawdzić stan zdrowia jakiegoś piłkarza. Prawda jest jednak taka, że wszyscy Maldini bardzo są przywiązani do Milanello. Czy świeci słońce, czy też pada śnieg, dla nas zawsze jest to piękne miejsce na ziemi.

Twoja miłość do Milanu została przekazana Paolo. Czy jego przeznaczeniem było stanie się nową opoką tego klubu?
W żaden sposób nie naciskałem na Paolo, zresztą on bardzo dobrze pamięta to po dziś dzień. Zdawałem sobie sprawę, że jest utalentowanym chłopakiem, chciałem go więc sprawdzić w jakimś klubie. Spytałem więc go: Inter czy Milan, a on natychmiast odpowiedział Milan. Poszedłem więc do sztabu szkoleniowego odpowiedzialnego za nabór młodego narybku i powiedziałem: Mam niezwykle utalentowanego 10-letniego syna, kiedy mogę przyprowadzić go na testy? Podali mi dzień i godzinę, miejscem testu było Linate.

Nie miały miejsca skojarzenia typu 'syn Cesare'?
Trenerem był pan Braga, który zmierzył mnie wzrokiem. Powiedziałem: Przerwij zajęcia, masz go natychmiast sprawdzić! Na to on odpowiedział: Na jakiej pozycji gra? Nie wiem - odpowiedziałem - widziałem go jednak w akcji, nadaje się. O zgrozo, wystawił go na prawej stronie, nawet nie oglądałem jego prób, gdyż wybrałem się na rundkę wokół boiska. Nigdy jednak nie byłem ojcem, który narzucał swoją wolę, czy piłkarzem, który burzyłby wewnętrzny porządek trenerowi. Tak samo było nieco później, gdy Paolo zaliczał debiut pod wodzą Liedholma.

Nie ulega jednak wątpliwość, że jego rozwój nie byłby możliwy bez twojej oraz jego matki wsparcia.
Wspieraliśmy go na każdym kroku, choć większą pomocą służyła mu chyba jednak moja żona Marisa. Pracowałem w tym czasie u boku Bearzota z reprezentacją, byłem rozdwojony pomiędzy klubem a kadrą. Paolo często rozgrywał swoje mecze w niedzielę o 10, podczas gdy ja musiałem być na 14 w Turynie, czy Bóg wie gdzie i nie miałem czasu śledzić jego postępów. Jednak moja żona milion razy dowoziła go na przeróżne boiska.

Dynastia Maldinich mogła zapisać jeszcze jeden ważny rozdział w historii Milanu. Jak to się stało, że brat Paolo, Pier Cesare, który grając w zespołach juniorskich sprawiał znakomite wrażenie, nie odniósł sukcesu?
Grał bardzo dobrze, z zespołu Primavery przeniósł się do Pavii, a następnie Viareggio, jednak prowadził zupełnie inny styl życia niż Paolo. By zostać zawodowym piłkarzem trzeba być zdeterminowanym, kto nie jest, nie odnosi sukcesu. Tego nie nauczy cię klub, trener, czy rodzina.

W tak licznej rodzinie jak wasza jest jakiś kibic Interu, czy Juventusu?
Absolutnie nie, wszyscy jesteśmy milanistami. Z jednym tylko wyjątkiem, Aldo, fanatycznym kibicem Interu. Biedaczek, kiedy będąc u nas w odwiedzinach chce obejrzeć mecz, musi siedzieć cały czas cicho. W przeciwnym wypadku wszystko jest możliwe. Zrozumiał jednak jak powinien się zachowywać.

Na język nasuwa się proste pytanie: jaka jest recepta na tak bliskie stosunki Maldinich z Milanem?
Żyjemy w ścisłym związku, widać wpływ dobrych stosunków pomiędzy mną, Paolo i naszymi rodzinami a klubem. Trwa to od lat, więc można powiedzieć, że nazwisko Maldini i Milan to już jedność. Wystarczy powiedzieć, że z 17 tytułów mistrzowskich mieliśmy udział w 11. Galliani, Berlusconi i inni działacze Milanu uważają nas za wariatów. Jesteśmy do siebie szalenie przywiązani.

Ta saga może trwać jeszcze wiele lat. Mówię o Christianie, synu Paolo, który ma w swoim DNA cechy ojca i dziadka i już przywdziewa barwy Milanu.
Biedaczek, w przyszłości będzie musiał radzić sobie z olbrzymim bagażem oczekiwań. Już teraz trenuje w zespole trampkarzy, sprawia mu to wielką radość. Zawozimy go na boisko, gramy też razem w przydomowym ogródku. Lubi biegać, kopać piłkę. Ma siedem lat, jest jeszcze mały, zobaczymy. Ogromną przyjemność sprawiłoby mi ujrzenie trzeciego Maldiniego w Milanie.



tłumaczenie: dezali



© Copyright 2002-2016 by ACMilan.PL  ::  Wszelkie prawa zastrzeżone