KEVIN PRINCE BOATENG DLA TUTTOSPORT


Panie Boateng, pojął pan po roku we Włoszech, co oznaczają derby dla czerwono-czarno-niebieskiego Mediolanu?
"Cóż, zrozumiałem znakomicie, bo z Interem spotkałem się trzykrotnie i trzykrotnie wygrałem. Chciałbym zagrać z nimi już dziś, bo strasznie mi się podoba atmosfera, jaka towarzyszy meczom derbowym: w mieście wszyscy szaleją i nie mówi się o niczym innym. Ale to normalne, bo w Mediolanie są dwa wielkie kluby i wszyscy kibice chcą, by to ich zespół był lepszy. W zeszłym roku górą była tylko jedna drużyna i miejmy nadzieję, że identycznie będzie także tym razem".

Co oznaczałoby pokonanie Interu?
"Wykluczenie ich z walki o scudetto. I to byłoby dobre, bo lepiej mieć tylko jednego rywala w lidze. Ale ten mecz jest ważny również z innych powodów: derby są esencją futbolu. Chcą je wygrać oba kluby, kibice i my piłkarze - ja jako pierwszy".

Gdzie się wygrywa derby?
"Nie wiem, gdzie się wygrywa. Jesteśmy silniejsi od nich. Kropka".

W Pekinie ochrzcił pan gola strzelonego Interowi ciosem w stylu kung fu. Co pan wymyślił tym razem?
"Niczego nie zaplanowałem - również dlatego, że kiedy się myśli o takich sprawach, nie strzela się gola. Zresztą ważne jest to, aby strzelić, a sposób świętowania bramki przychodzi ci do głowy w sekundę".

Gdyby mógł pan wykluczyć jednego z graczy Interu, kogo by pan wybrał?
"Maicona, bez żadnych wątpliwości. Bo on jest bardzo mocny. Sposób, w jaki ustawia się na boisku, jest niesamowity: gra jako prawy obrońca, a sprawia wrażenie trequartisty. Biega do przodu, cofa się, dośrodkowuje i zalicza bardzo wiele asyst: nigdy nie widziałem takiego zawodnika".

W sumie trochę się przypominacie...
"Cóż, jestem taki jak on: lubię atakować, bronić, jestem trochę stuknięty. Taki mam charakter: trener i kibice chcą widzieć takiego Boatenga".

Dlaczego Boateng stał się ikoną dla milanistów?
"Nie wiem, trzeba by ich zapytać... Może dlatego, że gram z zacięciem".

Gdyby był pan kibicem, rozkochałby się pan w Boatengu?
"Tak, ze względu na jego szaleństwo. To pozytywne szaleństwo".

To pańskie koszulki sprzedają się najlepiej...
"Ja też jako dzieciak kupowałem sobie koszulkę ulubionego gracza. Pierwszym był Sebastian Deisler w Berlinie: wielki piłkarz, tylko trochę pechowy".

Podoba się panu nazwa "Crazy Milan"?
"Tak, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Bo są tu wielcy piłkarze o wielkich charakterach".

Kto jest największym zbójem spośród pańskich kolegów?
"Gattuso. Ale Rino ma dobre towarzystwo: są Cassano, Ibra, niżej podpisany i Van Bommel. Wszyscy na boisku możemy stać się bardzo agresywni w razie potrzeby".

A kogo nie chciałby pan nigdy spotkać nocą w pojedynkę w ciemnej alejce?
"Taiwo".

A gdyby jeszcze przyszedł Tévez?
"Byłby idealny dla Milanu, bo jest zawzięty, strzela gole, ale umie też bronić. Pato? Jestem szczęśliwy, że zostaje, ale uszanowałbym każdą jego decyzję".

W Bergamo, poza pańskim golem, głośno było o radości z dedykacją dla pańskiej Melissy. Trudniej uwolnić się od rywala czy od paparazzich?
"To było problemem tylko w pierwszych tygodniach. Teraz wszyscy wiedzą, że jesteśmy razem. Ale to normalne: taka jest ich praca. Teraz już wszystko jest znów spokojne".

W przypadku zdobycia scudetto zatańczy pan znów Moonwalk na San Siro?
"Zrobiłem to raz i wystarczy. Chciałbym, aby ludzie pamiętali mnie z powodu tego, jak gram w piłkę, a nie jak tańczę i śpiewam".

Jest pan zaskoczony, widząc tak konkurencyjny Juventus?
"W zeszłym sezonie mieli wiele problemów, ale w tym roku jest inaczej. I wcale nie są na przedzie przez przypadek: ja, kiedy wracam do domu, nie oglądam zbyt wiele piłki w telewizji, ale podoba mi się, jak Juve gra z tą linią pomocy z Pirlo i Marchisio... Tak, zapewniają mi rozrywkę".

Dlaczego Milan powinien się bać tego Juve?
"Nie, żadnego strachu. Juve nas nie przeraża. To prawda, że grają dobrze, ale my wiemy, że możemy grać lepiej od nich. W Turynie, na ich terenie, mieliśmy problemy, ale zobaczymy, co się wydarzy, kiedy oni przyjadą na San Siro. To będzie bardzo, ale to bardzo interesujący mecz..."

Do tego macie jeszcze Ibrahimovica...
"Mówiłem to wiele razy i powtarzam: on jest napastnikiem numer jeden na świecie. Nie zapominajmy też, że są również Pato i Robinho. Są różni, ale bardzo mocni".

Kto z ich dwóch jest lepszym partnerem?
"Wie pan, jak mówią w Niemczech? Nie chcę zakładać butów trenera".

Ile brakuje temu Milanowi, by osiągnąć poziom Barcelony?
"Teraz są numerem jeden na świecie, a Messi spisuje się tak, bo ma cały zespół, który gra na niego. My jednak możemy ich pokonać, bo widzieliśmy, że to już kwestia szczegółów. Tylko one decydują o wynikach w pewnych meczach, a dla mnie najlepszym piłkarzem świata jest Ibrahimović i gdyby cały zespół grał na niego, tak jak Barca na Messiego, to strzeliłby setkę goli


tłumaczenie: TomekW
 


© Copyright 2002-2016 by ACMilan.PL  ::  Wszelkie prawa zastrzeżone