SILVIO BERLUSCONI DLA LA GAZZETTA DELLO SPORT


To wciąż ta sama sala z długim, niskim, prostokątnym stołem, sofami po bokach i jego ulubionym fotelem, w którym Silvio Berlusconi mówi z entuzjazmem o swoim Milanie. Wczoraj, tak samo jak przed trzydziestoma laty, gdy przyjmował nas po raz pierwszy, marząc o zbudowaniu najsilniejszej drużyny na świecie. Cossiga był prezydentem Włoch, Craxi premierem, Carraro prezesem CONI, Sordillo prezesem FIGC, a Bearzot selekcjonerem reprezentacji ówczesnych mistrzów świata. Milan nie wygrywał scudetto od siedmiu lat, a Pucharu Mistrzów od siedemnastu, Chievo grało w ligach międzyregionalnych, a Gazzetta, która wtedy kosztowała 650 lirów, od dwóch miesięcy donosiła o długich negocjacjach w sprawie przejścia Milanu z rąk Fariny do rąk "Jego Emisyjności", jak wówczas nazywano Berlusconiego.

Panie prezydencie, jaką notę wystawiłby pan swoim trzydziestu latom w Milanie?
"Zaczynaliśmy, celując w dziesiątkę. Biorąc pod uwagę to, jak się to wszystko potoczyło, powiedziałbym, że jest to dziesiątka z wyróżnieniem. To było trzydzieści magicznych lat. Zdobyliśmy 363 miliony sympatyków na całym świecie. I przede wszystkim nasza miłość do Milanu została odwzajemniona i napełniła nasze serca radością".

Który dzień był najpiękniejszy?
"Było ich wiele. Na pewno niezapomniane jest zdobycie w Barcelonie pierwszego Pucharu Mistrzów po pokonaniu 4:0 Steauy Bukareszt. Pamiętam ten niezapomniany spektakl na Camp Nou całkowicie wytapetowanym w czerwień i czerń. Na autostradzie prowadzącej do Hiszpanii zrobiły się korki z udziałem oflagowanych samochodów i autobusów. Tamten puchar wygrała nie tylko drużyna, lecz cała czerwono-czarna społeczność. Z różnych powodów niezapomniane są też oba finały w Atenach".

Czy jest jakiś, który chciałbym pan wymazać?
"Odrobienie strat przez Liverpool w Stambule. Ten niewiarygodny przegrany finał, w którym do przerwy prowadziliśmy 3-0. Wymazaliśmy go już dwa lata później dwoma golami Pippo w drugim ateńskim finale, też przeciwko Liverpoolowi. Nadal gorzko smakuje finał Champions z roku 1993. Podchodziliśmy do tego meczu z kompletem zwycięstw - 10 na 10. W finale przegraliśmy 0-1 z Marsylią. To był przeklęty mecz".

Gdyby mógł pan cofnąć się w czasie, to zrobiłby pan wszystko tak samo, czy może coś zmienił?
"Na pewno nie zmieniłbym misji drużyny. Tego, że mamy być panami boiska i gry, wygrywać przekonująco dzięki pięknej grze, entuzjazmowi, pasji i uczciwej postawie wobec naszych rywali".

Która z pańskich decyzji była najważniejsza?
"Wzięcie odpowiedzialności za Milan i wyznaczenie mu celu zostania najbardziej zwycięską drużyną na świecie. To był cel, który wszystkim wydawał się niemożliwy do osiągnięcia".

Biorąc pod uwagę to, że sprawa się już przedawniła: czy może pan nam wyjawić, kto podjął decyzję o zejściu drużyny z boiska w Marsylii?
"Na pewno nie był to zamierzony ruch. Galliani wyjaśnił mi potem, jak miały się sprawy. Zareagował impulsywnie, jak kibic, bez złych zamiarów. Przypominam, że zaakceptowaliśmy poważne sankcje nałożone na nas przez UEFA. Wiele dzienników pisało wtedy, że cykl Milanu zakończył się tamtego wieczora. A tymczasem on się dopiero zaczynał".

Pański przyjaciel Confalonieri w rozmowie z Corriere della Sera porównał Adriano Gallianiego do Moshe Dayana, "naszego wielkiego generała". Zgadza się pan z tym porównaniem?
"A czemu nie?"

Z którym trener pozostał pan najbardziej związany?
"Sacchi przypomina mi pierwsze cudowne lata. Ale łączy mnie głęboka przyjaźń również z Ancelottim i Capello".

Którego z mistrzów chciałby pan ujrzeć ponownie na boisku?
"Chciałbym znów zobaczyć wszystkich naszych mistrzów. Od Van Bastena, który przedwcześnie zakończył karierę, po naszego Kapitana Baresiego. Od Savicevicia po Ronaldinho, od Maldiniego po Costacurtę, Tassottiego, Donadoniego, Massaro... Od Weaha po Gullita, Shevę, Kakę... Nie mogę wymienić ich wszystkich. Ale kochałem ich wszystkich i dla wielu z nich byłem starszym bratem. Dodam z dumą, że mój Milan był jedynym klubem w historii piłki, który dwukrotnie miał trzech swoich graczy na wszystkich trzech stopniach podium Złotej Piłki".

Wciąż marzy pan o wielkim Milanie walczącym o scudeto i Ligę Mistrzów. Co pan czuje dziś, widząc zespół tak daleki od pańskich marzeń?
"Być może nie jest tak daleki, jak się niektórym zdaje. Udzielałem się na wielu frontach, zajmując się sprawami trudnymi i często bolesnymi. Ale teraz znów wróciłem na boisko. Pracujemy nie tylko z myślą o dniu dzisiejszym. Odbudowujemy zespół na nowy cykl z młodymi nadziejami i wieloma fuoriclasse. Jestem pewien, że nam się to uda. Przez te trzydzieści lat graliśmy osiem razy w finale Ligi Mistrzów. W ciągu pięciu kolejnych lat musimy dobić do dziesięciu finałów".

Donnarumma jest najbardziej obiecującym z młodych i już obserwuje go wiele klubów zagranicznych. Nie obawia się pan, że go wam zabiorą?
"Donnarumma jest jednym z wielu talentów z naszej szkółki i mam nadzieję, że zostanie z nami na kolejnych dwadzieścia lat".

Pańska córka Barbara powiedziała, że trzeba być szczerym wobec kibiców i mówiła o Lidze Europy. Galliani z kolei twierdzi, że celem jest Liga Mistrzów. To potwierdzenie tego, że mają odmienne poglądy?
"To potwierdzenie tego, że oboje mają w sercu dobro zespołu. Wbrew temu, na co mógłby wskazywać wiek, Barbara rozumuje bardziej jak menadżer, a Adriano jak kibic. Oboje mają rację i oboje się mylą. To oczywiste, że Liga Europy jest celem, który jest najbardziej w naszym zasięgu. Równie oczywiste jest to, że nie możemy się tym zadowolić. W moim życiu przedsiębiorcy, polityka i człowieku sportu miałem jedną zasadę: obierać sobie cele trochę wyższe niż te, które na zdrowy rozsądek są łatwo osiągalne. I zawsze je osiągałem".

Czy gdyby Milan nie zakwalifikował się do pucharów, to ewentualny Puchar Włoch wystarczyłby do uratowania sezonu?
"Nie wystarczyłby. Ale wzniesienie Pucharu Włoch byłoby czymś znaczącym. Wygrywanie jest zawsze dobre. Poza tym zdobycie Pucharu Włoch gwarantuje miejsce w pucharach".

Czy to prawda, że przed wyborem Mihajlovicia odrzucił pan kandydaturę Sarriego?
"Kiedy się kogoś wybiera, to automatycznie upadają wszystkie pozostałe kandydatury. Również osób, które bardzo się ceni - tak jak w przypadku Sarriego".

Seedorf, Inzaghi i teraz Mihajlović. Czy trzech trenerów w trzy sezony to nie za dużo?
"Zdecydowanie wolę, kiedy w ciągu trzech sezonów są trzy finały Ligi Mistrzów".

Trzydzieści lat temu powiedział pan: "Futbol jest piękny również dlatego, że pieniądze nie wystarczają do zbudowania wielkiego zespołu". Niestety to zdanie zdaje się pasować do tego Milanu...
"Myślę to samo co trzydzieści lat temu. Ale udowodniliśmy już kilka razy, że jesteśmy w stanie zbudować wielki zespół. Oczywiście odbyło się to również poprzez wielkie inwestycje. Przez te trzydzieści lat wpompowaliśmy w Milan ponad 1,2 miliarda euro".

Jakie wrażenie robi na panu to, że trzydzieści lat temu przejął pan trzecią drużynę ligi, a dziś jest ona dopiero szósta?
"Nie można przez cały czas wygrywać. Wszedłem do Milanu w jednym z najgorszych okresów w jego historii. W pięciu poprzedzających sezonach klub grał dwa razy w Serie B, a pozostałe zakończył na 14., 6. i 5. miejscu. Dziś sam fakt, że Milan jest szósty, budzi sensację. Kibicom wydaje się to dziwne, bo w ciągu tych trzydziestu lat dwadzieścia razy byliśmy w pierwszej trójce. Na całym świecie słowo Milan jest synonimem wielkich sukcesów i - chcę to powtórzyć - liczymy sobie 363 miliony sympatyków".

Jeśli na koniec sezonu negocjacje z Misterem Bee nie będą jeszcze zakończone, to czy będzie pan próbował sprzedać pakiet mniejszościowy komuś innemu?
"Moim celem jest dobro Milanu. W dzisiejszym futbolu pojawiły się podmioty o nieograniczonych zasobach, więc ciężko jest pozostać konkurencyjnym. Dlatego uznaliśmy, że potrzebny jest nowy zastrzyk energii i świeżego kapitału. Na podstawie tego rozpoczęliśmy negocjacje. Poczekajmy, aż się zakończą".

Czy to prawda, że pańska córka Marina naciska, aby sprzedał pan cały Milan?
"To absolutnie nie jest prawdą. Zawsze powtarza mi, abym podążał za tym, co podpowiada mi serce. A moje serce wciąż bije mocno dla Milanu".

Tymczasem inna z pańskich córek, Barbara, była mocno zaangażowana w projekt budowy nowego stadionu. Co teraz będzie z San Siro?
"San Siro jest naszą chwalebną historią. Każdy milanista jest emocjonalnie związany z tym boiskiem i tymi trybunami. Przyszłość wydaje się być związana z własnymi stadionami. To model, który jest coraz powszechniejszy za granicą, podczas gdy we Włoszech ta sztuka udała się tylko Juventusowi. Pomysł Barbary był zatem jak najbardziej słuszny. Niestety pojawiły się trudności, których w tamtym momencie nie mogliśmy przewidzieć. Będziemy więc nadal grali na San Siro, dumni z bycia w "La Scali Futbolu", ale nie przestaniemy jednocześnie rozglądać się wokół siebie".

Kibice zarzucają Gallianiemu skłonność do nostalgii i wytykają powroty Balotellego i Boatenga oraz przedłużenie kontraktów z De Jongiem i Mexesem. Czy z perspektywy czasu były to błędy?
"Dlaczego błędy? Boateng wrócił z wielkimi chęciami wznowienia gry i jak dotąd spisywał się dobrze. Balotelli odbudowuje się po poważnych problemach zdrowotnych. Jeśli zdoła uniknąć błędów z przeszłości, to będzie mógł być dla nas zasobem. Myślę, że warto spróbować".

Jaki prezent chciałby pan otrzymać na swoje trzydziestolecie w Milanie?
"W sobotę, w dzień rocznicy, chciałbym zjeść obiad z zespołem w Milanello. Przy tej okazji poproszę Mihajlovicia o wygranie wszystkich meczów do końca sezonu".

Na zakończenie: do kiedy będzie pan prezydentem Milanu?
"Zobaczymy, jak potoczy się następne trzydzieści lat i wtedy zdecydujemy..."



tłumaczenie: TomekW
 


© Copyright 2002-2016 by ACMilan.PL  ::  Wszelkie prawa zastrzeżone