Massimo Ambrosini dla ‘Forza Milan!’

Czym zajmowałbyś się, gdybyś nie został piłkarzem?
Założyłbym agencję turystyczną specjalizującą się w wycieczkach po Stanach Zjednoczonych. Lubię podróżować, w szczególności właśnie do Stanów.

Porozmawiajmy jednak o Ambrosinim - piłkarzu. W którym momencie kariery przeżyłeś największą radość?
Najłatwiej byłoby odpowiedzieć, że radość z Manchesteru była niezapomniana, ale wydaje mi się, że jeszcze większa radość targała mną po meczu półfinałowym z Interem, gdy zapewniliśmy sobie awans do finału. Mieliśmy za sobą dwa tygodnie niesamowitego stresu, końcowy gwizdek sędziego wyzwolił nas od tego wszystkiego. Jakżeż wspaniałe było później świętowanie pod trybuną zajmowaną przez naszych kibiców.

Kiedy w trakcie kariery dotknąłeś z kolei dna?
W trakcie meczu z Regginą, gdy odniosłem poważną kontuzję. Rehabilitacja trwała bardzo długo, ciężko było szczególnie wówczas, gdy latem przybyłem do Milanello i nie mogłem dzielić z kolegami radości z rozpoczęcia przygotowań do nowego sezonu. Musiałem pozostać w budynku i wykonywać określone ćwiczenia. Ciężkie chwile.

Kiedy poczułeś się najbardziej zażenowany?
Gdy podpisywałem swój pierwszy autograf. Nie byłem do tego zupełnie przygotowany i pamiętam, że podpisałem się niczym dziecko chodzące do podstawówki.

Które spotkanie rozegrane we Włoszech wspominasz najmilej i chciałbyś rozegrać raz jeszcze?
Generalnie chciałbym jeszcze raz przeżyć wszystkie wygrane derby, czy potyczki z Juventusem. Szczególnie w pamięci utkwiło mi właśnie jedno ze spotkań rozegrane w Turynie. Działo się to 9 maja 1999 roku, traciliśmy duży dystans do Lazio i mecz z Juve był z gatunku tych o 'być albo nie być'. Wygraliśmy 2:0 po dwóch trafieniach Weah, opuszczając Delle Alpi z przekonaniem, że nie mamy prawa zmarnować takie szansy na zdobycie scudetto.

A z meczów międzynarodowych?
Byłem bardzo chwalony za występ w Dortmundzie przeciw Borussi, gdy wygraliśmy 1:0 po bramce Inzaghiego. Działo się to w grudniu 2002 roku, temperatura spadła do dziesięciu stopni poniżej zera, jednak pomimo chłodu rozegrałem, czy raczej rozegraliśmy świetny mecz. Na mecz przybył, przy okazji spotkania z kanclerzem Schroederem, także nasz prezydent Berlusconi. Sprawiliśmy mu miły prezent.

Które ze spotkań rozegranych we Włoszech chciałbyś wymazać z pamięci?
Porażkę 0:4, jaką doznaliśmy we Florencji 13. stycznia 2001 roku. Zostaliśmy upokorzeni przez Fiorentinę dowodzoną przez wielkiego Rui Costę. Katastrofa.

A najboleśniejsza porażka w Europie?
Także 0:4, tyle że w Dortmundzie 4. kwietnia 2002 roku w Pucharze UEFA. Brazylijczycy grający w żółto-czarnych strojach pojawiali się z każdej strony. W pewnym momencie wydawało się nam, że poniesiemy prawdziwą klęskę. Przy wyniku 0:4 niewiele nam do niej brakło.

Które spotkanie określiłbyś mianem najdziwniejszego?
Milan-Sampdoria w sezonie, gdy z Zaccheronim sięgaliśmy po scudetto. Mecz mógł się równie dobrze zakończyć wynikiem 3:3 lub 5:5, gdyż oba zespoły stworzyły sobie mnóstwo sytuacji bramkowych. W 91' rywale zmarnowali wspaniałą okazję, w czym niemały udział miała wspaniała parada Abbiatiego. Zdołaliśmy jeszcze wywalczyć rzut rożny. Wykonałem go, piłka trafiła do Ganza, który uderzył ją na bramkę. Ferron został zmylony rykoszetem Castelliniego i wygraliśmy najbardziej niewiarygodne spotkanie, w jakim kiedykolwiek grałem.

Twoja najpiękniejsza i najbardziej spektakularna bramka?
Chciałbym wspomnieć dwie. Pierwsza zdobyta właśnie we wspomnianym meczu z Sampdorią. Trafiłem na 1:0 uderzeniem z 30 metrów. Kolejną zdobyłem także na San Siro przeciw Fiorentinie w meczu Pucharu Włoch wspaniałą przewrotką.

Najbardziej szczęśliwa i kuriozalna bramką jaką zdobyłeś?
Była zarazem pierwszą, jaką zdobyłem w mojej karierze. Działo się to 30. listopada 1997 roku w dziesiątej kolejce rozgrywek. Milan wypożyczył mnie do Vicenzy. Zdobyłem bramkę w meczu z Interem po szalonym zamieszaniu w polu karnym. Całkowicie przypadkowa bramka, daję słowo.

Co podoba ci się w twojej grze, a co z kolei chciałbyś w niej poprawić?
Ostatnimi czasy rzadko decyduję się na uderzenia z dystansu, muszę odzyskać pewność siebie. Uważam, że moją silną stroną jest wykańczanie akcji, czy to głową, czy też nogą. Potrafię dobrze znaleźć się w polu karnym.

Jakie są twoje marzenia sportowe?
Oczywiście wiele sukcesów z Milanem. Ale, biorąc pod uwagę jak wiele osiągnąłem już z klubem, życzyłbym sobie również sukcesów z reprezentacją narodową.

Na jakim stadionie, oprócz San Siro, lubisz grać najbardziej?
Świetnie gra się na Stadio Bernabeu. Czuć na nim powiew historii i zwycięstw. Chciałbym również zagrać na starym, rozbieranym Wembley, kolejnym mitycznym obiekcie.

Jakie zagraniczne barwy szczególnie cię fascynują?
Bez cienia wątpliwości białe barwy Realu Madryt.

Którego rywala ceniłeś, bądź cenisz najbardziej?
Najlepszym piłkarzem, przeciw któremu kiedykolwiek grałem, był Zinedine Zidane.

A w życiu codziennym?
Nie jest to rywal, lecz były kolega z zespołu, Leonardo. Człowiek inteligentny, dużego kalibru. Przykład do naśladowania dla wszystkich.

Którego trenera i sędziego obdarzyłeś największą sympatią?
Czasem nie zgadzałem się z nim, jednak lubię Serse Cosmiego. Wydaje się szczerym człowiekiem, który zaraża swoich podopiecznych entuzjazmem. Jeśli chodzi o sędziów ostatnio zdarzyła mi się ciekawa sytuacja z sędzią Pierim podczas meczu z Livorno. Przez całe spotkanie zwracałem się do niego Trefoloni, nie wiem dlaczego. Po meczu podszedł do mnie i pokazał mi naszywkę na koszulce z jego nazwiskiem. "Pieri, nazywam się Pieri."

W jaki sposób chciałbyś zostać zapamiętany przez kibiców?
Jako piłkarz, który przez wiele lat grał w Milanie, przyczyniając się do wielkich sukcesów. Chciałbym, by w przyszłości moje nazwisko nierozerwalnie kojarzone było z Milanem.

Jakie miałoby być twoje motto?
Ambrosini, dżentelmen-złodziej... piłek.



tłumaczenie: dezali



© Copyright 2002-2016 by ACMilan.PL  ::  Wszelkie prawa zastrzeżone