MASSIMILIANO ALLEGRI DLA LA GAZZETTA DELLO SPORT


Naucz się szanować znaki życia, mówi Massimiliano Allegri. "Ma pani kopię 'Alchemika' Coelho?". To była również jedna z ulubionych książek Leonardo. "Piękna książka. Jest też inna, którą czytałem jakiś czas temu. I mówi o znakach, ścieżkach... Ja płynę z prądem. Dostosowuję się do tego, co mi się przytrafia. Nie dramatyzuję, ale też nie poddaje się. Jestem uparty, choć mogę się nie wydawać. I mówię, że droga młodych jest tą właściwą. Budujemy nowy Milan, to wyzwanie, które wymaga czasu i pasji". Pod warunkiem, że dobre znaki będą się powtarzać. Patrząc na kończący się rok 2012, Allegri może pomachać rączką i usnąć z zadowoleniem. To nie był zbyt udany rok. "Dlaczego? Jestem zadowolony tak samo jak wtedy, kiedy miałem drużynę stworzoną do wygrywania".

Trzy wspomnienia: okropny mecz Ligi Mistrzów na boisku Arsenalu, gdzie awans stanął pod znakiem zapytania, niezaliczony gol Muntariego i wieczór, kiedy wezwano pana do domu Berlusconiego po porażce z Fiorentiną. Proszę wybrać najgorszy.
"W trudnych momentach zachowuję spokój i jasność umysłu. Po pierwszej połowie w Londynie nie byłem zaniepokojony, bo wiedziałem, że damy radę. A przy golu Muntariego się śmiałem".

Chyba nie bardzo.
"Gwarantuję. Niech pani sprawdzi nagrania. A tego wieczoru, kiedy zadzwonił prezydent po meczu z Fiorentiną, byłem bardziej niepocieszony sytuacją w tabeli niż spięty".

Ocalił pan skórę bardziej dzięki sobie, Gallianiemu czy Berlusconiemu?
"Z Gallianim łączą mnie wspaniałe relacje. Do tego stopnia, że czasem mówią, iż się zaręczyliśmy. Z prezydentem konfrontuję się co tydzień. Jeśli chodzi o mnie, to być może potrafiłem ich rozpogodzić".

Co wyjątkowego pan powiedział?
"Wyjątkowego nic. Powiedziałem, że z tego wyjdziemy. Krok po kroku weszliśmy na właściwa drogę, ale nie jesteśmy jeszcze solidni, co pokazał mecz z Romą. Na przebudowę potrzeba czasu".

Jest pan najbardziej dumny z punktów zdobytych przez te lata, z pokonanych trudności czy z młodych, na których pan postawił?
"Cieszę się z punktów, choć mogliśmy ich mieć trochę więcej. Jestem też usatysfakcjonowany z postępów zrobionych przez młodych i tych trochę starszych: Bonerę, Constanta, Montolivo".

Czyli kończy pan rok zadowolony.
"Kończę rok ze świadomością, że dostosowywałem się do różnych sytuacji, a inteligencja kryje się w zdolności adaptacji. Droga obrana przez prezydenta jest słuszna: we Włoszech nikt nie może już sobie pozwolić na piłkarzy z roczną pensją rzędu 6-7 milionów. Nikt, kto chce być w zgodzie z finansowym fair play. Będą też kluby, które zamkną rok z 60-70 milionami straty, ale to już ich sprawa".

To aluzja do Juve?
"To nie jest aluzja do nikogo. We Włoszech są kluby, które zamkną bilans na minusie, ale - jak już mówiłem - Milan zajmuje się własnymi sprawami i jest zadowolony z przyjętej filozofii. Sektor młodzieżowy będzie jeszcze ważniejszy, a współpraca pomiędzy klubem, pierwszą drużyną, a własną szkółką coraz większa".

Jakie są pańskie relacje z szefem sektora młodzieżowego, Filippo Gallim?
"Świetne, od samego początku. W sektorze młodzieżowym kluczowe będzie odnalezienie wspólnych formuł oraz trenerów, którzy będą chcieli uczyć futbolu, a nie szkoleniowców, dla których młodzi są świnkami morskimi używanych do testowania samych siebie. Moim zdaniem powinny być dwa oddzielne kursy: jeden dla trenerów, drugi dla nauczycieli futbolu. Nie można używać chłopców jako trampoliny, bo na koniec technicznie zostanie im niewiele lub nic".

Ma pan coś do Stamaccioniego, Montelli, może Inzaghiego?
"Nie mam nic do nikogo. Są różne przypadki. Montella i Stramaccioni szli innymi ścieżkami, Inzaghi ma swoją drogę. Nie ma jedynej prawdy. Mówię tylko, że w sektorze młodzieżowym powinno się być z wyboru i należy uczyć z myślą o przyszłości, bo wyniki są ważne, ale ważniejsze jest to, by gracze, których formujesz, stali się zasobem dla klubu. Jeśli chodzi o postać trenera, bycie w Milanie to inny rodzaj trenerki. Mogę tak powiedzieć, bo przekonałem się o tym na własnej skórze. Co innego mieć do czynienia z drużyną środka tabeli, a co innego musieć wygrywać i zarządzać grupą mistrzów. Poza tym jest San Siro: takiej presji nie ma ani w Turynie, ani w Rzymie. Na San Siro są przyzwyczajeni do Milanu, który wygrywał przez ćwierć wieku oraz do Interu, który w ostatnim dziesięcioleciu dokonał historycznych wyczynów".

Pańscy chłopcy odczuli na początku ciężar San Siro?
"A kto by tego nie odczuł? Mamy jednak najlepszych młodych we Włoszech - El Shaarawy'ego i De Sciglio - oraz dobre podstawy. Potrzebujemy tylko czasu".

Czuje się pan gotowy do otworzenia cyklu?
"Mam kontrakt do 2014, ale oczywiście w Milanie człowiek czuje się dobrze i zostałbym tu chętnie jeszcze dłużej. Sprawienie, abyśmy w ciągu 2-3 lat znów walczyli o najwyższe cele, jest stymulującym wyzwaniem".

Miał pan do wysłania jakieś listy do Świętego Mikołaja?
"Mój syn Giorgio ma rok, więc jeszcze nie umie pisać. A Valentina już z tego wyrosła".

Ale czy pan prosił o jakieś prezenty Berlusconiego?
"Zobaczymy, co się wydarzy w Brazylii".

Będzie panu bardziej przykro w przypadku odejścia Pato czy Robinho?
"To dwa różne rodzaje przykrości. Pato to potencjalny zdobywca Złotej Piłki, ale rozumiem, że ma potrzebę odnalezienia pogody ducha, którą stracił w wyniku kontuzji. A Robinho... Co mogę powiedzieć o Robinho. To piłkarz największego formatu".

Przekonuje pana Balotelli?
"Nie lubię rozmawiać o piłkarzach innych drużyn. Szkoda jednak, że jeszcze nie pokazał całej swojej klasy i myślę, że musi zrobić to szybko, bo trzydziestka przychodzi w mgnieniu oka, a często w wieku 28 lat jest już za późno. Nie zawsze jest to winą innych: każdego ranka wszyscy muszą włączać się do gry".

To samokrytyka?
"Tak. W futbolu im mniej się wychwala, tym lepiej, bo nigdy nie wiadomo, co może się wydarzyć. Kto by przewidział, że Mourinho będzie dzieliło 16 punktów od Barcy?"

Teraz wraca moda na Fergusona: Conte jest Fergusonem Juve...
"To oznaczałoby, że Conte jest już stary..."

Czuje się pan bliski jakiegoś wielkiego trenera?
"Wszyscy jesteśmy inni i każdy może podawać się za kogo chce, ale jeśli nie masz wielkich graczy... Wówczas możesz sobie myśleć co chcesz, a i tak niewiele to zmieni".

A propos mistrzów. Jak pożegnał się pan ze starą gwardią? Teraz może pan to powiedzieć.
"Zawsze mówiłem. Nigdy nie miałem problemów. Były konfrontacje, ale nie problemy. Jedyny minus jest taki, że teraz Gattuso da mi czasem zepsutą rybę, ale ja mam siedem żyć". (Gattuso jest współwłaścicielem sklepu rybnego w Gallarate - przyp. red.)

Maldini powiedział dla La Repubblica, że rozmawialiście o jego powrocie do klubu, ale potem przestał pan dawać znaki życia.
"Miałem taki pomysł parę lat temu, ale pomysły nie zawsze wypalają. Nie było to możliwe, to wszystko. Z drugiej strony, nie jest łatwo zdecydować, co robić po zerwaniu z piłką. Komuś, kto był niezrównanym mistrzem, trudno jest zacząć od zera".

Co pan pomyślał, kiedy zobaczył pan wyniki losowania europejskich pucharów? Oczywiście o ile nadaje się to do publikacji.
"Pomyślałem, że być może będziemy mieć więcej szczęścia niż przed rokiem, choć ta Barca bije jeszcze więcej rekordów niż w zeszłym sezonie. To będzie ważny test, który pomoże nam ocenić rozwój drużyny na poziomie międzynarodowym".

Wystarczy, że zrobi pan mniej zmian niż latem w Nowym Jorku przeciwko Realowi i nie zdenerwuje Gallianiego...
"W pucharach ilość zmian jest ograniczona, więc zaczynam z przewagą".

Piłkarska osobowość roku 2012?
"Ze sportowego punktu widzenia Messi. Z ludzkiego Abidal i Vilanova".

Sportowiec roku?
"Na świecie Djoković, we Włoszech nasze tenisistki".

Zmienił się pan w trakcie tego roku?
"Na początku byłem bardzo rozzłoszczony, bo brak tego kłębka rozsadzał mi mózg... Nie mogłem znieść braku jakiejś logicznej nici, za którą należałoby ruszyć, choć wiedzieliśmy, że będą trudności".

Czy pański charakter zmienił się definitywnie?
"Musiałem stracić trochę swojego toskańskiego ja. Na żarty mogę pozwolić sobie w barze wśród przyjaciół, bo inaczej trafiają do gazet i często nie są właściwie zrozumiane".

Cenzuruje się pan, aby uniknąć polemiki z Conte?
"Conte wykonuje świetną robotę, wygrał prawie dwa scudetti, więc nie mam nic do powiedzenia. Ale kiedy słyszę o wojnach medialnych, mam wrażenie, że jestem wewnątrz jakiejś gry wideo. Osobiście nie wierzę w wojny i spiski, a z dziennikarzami rozmawiam, choć nie szczędzą mi razów. Nigdy nic nie wiadomo: być może jeśli opuszczę jakąś konferencję prasową, potrącą mi to z pensji..."

tłumaczenie: TomekW
 


© Copyright 2002-2016 by ACMilan.PL  ::  Wszelkie prawa zastrzeżone