Milan - Barcelona | ćwierćfinał Ligi Mistrzów 2011/12 | 28 marca 2012



Z Wrocławia wyruszyliśmy w okolicach godziny 17:00 i, jak to w takich trasach często bywa, rozpoczął się proces integracji uczestników wyjazdu MCP, którzy mieli spędzić ze sobą najbliższe siedemnaście godzin. Mogę z czystym sumieniem zapewnić, że podróż w tamtą stronę wcale nie jest jakoś specjalnie wyczerpująca: kierowcy robią przystanki mniej więcej co dwie godziny na rozprostowanie kości, wizytę w toalecie, jakąś szybką kawę czy papierosa. Generalnie zawsze można liczyć również na jakiś dłuższy postój na tzw. „AutoGrillu”, gdzie można się odświeżyć, wziąć prysznic i zadbać o podstawowe normy higieny osobistej. W naszym przypadku taki postój miał miejsce przed samym Mediolanem.

Odświeżeni, rześcy i świadomi bliskości celu naszej podróży ruszyliśmy dalej, choć przez chwilę wlekliśmy się w korku na wjeździe do włoskiej stolicy mody. Kierowca zawiózł nas pod sam stadion i ku naszemu zaskoczeniu, zaraz po wyjściu z autokaru, na spotkanie wyszli nam wysłannicy jakiejś włoskiej stacji telewizyjnej. Szczerze mówiąc nie zwróciłem nawet uwagi jakiej, choć jak wiadomo stacji i stacyjek we Włoszech jest mnóstwo, więc nie było co liczyć, że pojawimy się na antenie RaiUno czy Mediaset. W każdym bądź razie z ust reportera padało jedno pytanie: Ibra czy Messi? - oczywiście nikt nie miał wątpliwości, że to właśnie ten pierwszy z wymienionych panów rozegra lepsze spotkanie. Następnie postanowiliśmy pokazać przed kamerą jak kibice z Polski dopingują swój ukochany klub, po czym ruszyliśmy w kierunku stadionu. Po drodze bez ustanku pracowały aparaty fotograficzne, każdy chciał mieć fotkę na tle legendarnego San Siro, nie zabrakło też zdjęć grupowych Milan Club Polonia. Wokół stadionu otwarte były już pierwsze „stragany” z wszelkiej maści gadżetami, koszulkami, szalikami i innymi pamiątkami dla mających grube portfele kibiców, ale stwierdziliśmy, że jeszcze później będzie czas na zakupy. Co krok można też było spotkać przedstawicieli czarnego lądu, którzy zachęcali do kupna szalików.

Jak to zwykle bywa, towarzystwo podzieliło się na kilka mniejszych grupek: ja osobiście trzymałem się kolegi, który miał już za sobą jeden wyjazd, i mógł „robić” za przewodnika. Za pierwszy cel obraliśmy sobie siedzibę klubu znajdującą się na via Turati 3, więc musieliśmy udać się na najbliższą stację metra o nazwie Lotto Fiera. Pogoda była piękna (ok. 20 st. C o godz. 11:00), więc nie spiesząc się 15-minutowym spacerkiem osiągnęliśmy wejście na stację. Na miejscu w najbliższym „kiosku” zakupiliśmy całodniowe bilety (4.50€) po czym wsiedliśmy do czerwonej linii metra. By dotrzeć na Turati, musieliśmy udać się w pierwszej kolejności na stację Duomo, gdzie linia czerwona krzyżuje się z żółtą i tam przesiąść się na tą drugą. Dwie stacje i byliśmy na Turati. Dla kogoś, kto nigdy nie był i nie widział, siedziba klubu mogła okazać się delikatnym rozczarowaniem – w zasadzie gdybym nie znał adresu pewnie przeszedłbym obok. Zwykły budynek przy ulicy, jakich wiele dookoła, no ale otwarte, więc trzeba wejść do środka. Weszliśmy, a w zasadzie próbowaliśmy wejść do budynku, bo w swego rodzaju przejściu na wewnętrzny teren obiektu zatrzymał nas uprzejmy aczkolwiek bardzo restrykcyjny strażnik. Tutaj mieliśmy niezły ubaw, bowiem ów jegomość stwierdził na początku, że jest nas za dużo w tym przejściu, odliczył szybko dwie grupy bodajże po sześć osób, a resztę (w tym mnie) grzecznie wyprosił. Chwilę czekaliśmy przed wejściem, z nudów znowu poszło kilka fotek. Po chwili zatrzymał się przy nas jakiś poczciwie wyglądający ok. sześćdziesięcioletni dziadziuś, który chyba zauważył, że nie jesteśmy lokalnymi kibicami. Jakież było jego zdumienie i radość gdy usłyszał, że kibice z Polski przyjechali dopingować Milan. Facet zaczął nas dosłownie klepać po ramieniu i składać gratulacje, po czym chwilkę nawet z nami rozmawiał. Trochę po włosku, trochę po angielsku, zagadywał o Bońku, Polsce itd., po czym życzył nam wszystkiego dobrego i udał się w swoją stronę.

W końcu weszliśmy. Nie, jeszcze nie całkiem do środka. Weszliśmy na razie do kolejki w przejściu, gdzie strażnik ustawił nas w pary pod ścianą. Najśmieszniejsze było to, że za każdym razem gdy ktoś przykucnął, za bardzo wychylił się z szeregu czy oparł o ścianę, strażnik podchodził i stawiał takiego delikwenta do pionu. Tym większe było moje zdumienie, gdy zobaczyłem, że pierwsze w kolejce osoby bezkarnie palą papierosy – postanowiłem spróbować, a co mi tam? I rzeczywiście, żadnej uwagi ze strony strażnika – służbisty. Czekanie przedłużało się: 10, 15 i w końcu 20 minut. Co oni tam tak długą robią? Wreszcie wyszli, ale strażnik wpuścił kolejną grupę złożoną z sześciu osób – byliśmy zrozpaczeni. Protestowałem, lecz zostałem grzecznie odprawiony z prośbą o cierpliwość. I o dziwo tym razem poszło szybko – nie wiem, czy czekaliśmy nawet 10 minut. Przyszła nasza kolej: strażnik poinstruował nas gdzie należy iść i że zdjęcia można robić dopiero w pomieszczeniu z pucharami. Wchodząc do budynku można było się udać na lewo do windy lub na prawo schodami i wspiąć się na trzecie piętro. Tam czekał już na nas kolejny strażnik (wszystkie plecaki musieliśmy zostawić przed wejściem), który przeprowadził nas przez jakiś gabinet i wpuścił do sali pucharowej. Ogrom trofeów rzeczywiście robił wrażenie. Nikt nie szczędził więc aparatów, niestety czas mieliśmy ograniczony przez poganiającego nas ochroniarza, więc uwinęliśmy się dość szybko i bogatsi o nowe doświadczenia wyszliśmy przed budynek.

Tutaj ustaliliśmy, że naszym kolejnym przystankiem będzie Piazza Duomo i znowu korzystając z pięknej pogody stwierdziliśmy, że najlepszy będzie spacer, choć można było tam dotrzeć również bezpośrednio metrem. Po drodze zatrzymaliśmy się przy budynku słynne opery La Scala, na przeciwko której stał pomnik Leonardo Da Vinci. Poszliśmy dalej i dotarliśmy do Galerii Vittorio Emanuelle pełnej sklepów światowych marek, którą przeszliśmy bezpośrednio na Duomo. Tam wzrok przyciąga przede wszystkim największa na świecie gotycka katedra, której wręcz nie wypada nie zwiedzić. Najpierw jednak trzeba było zaspokoić głód, więc udaliśmy się w jedną z uliczek wychodzących z Duomo na poszukiwanie jakiejś knajpy. Nie muszę chyba wspominać, że jest ich pełno na każdym kroku, więc jeśli nie było się wcześniej w Mediolanie i nie zna się konkretnych miejsc, to zostaje się wciągniętym do pierwszej lepszej przez „naganiaczy” stojących na zewnątrz i zachęcających dużą i tania pizzą. W środku przywitała nas żywiołowa kobieta, która zaprosiła do stolików z pytaniem, czy chcemy rozmawiać po włosku, angielsku czy może po hiszpańsku. Niemal każdy zamówił pizzę i zimne piwo, przy czym jeśli chodzi o obiecane rozmiary pizzy to okazało się, że duże są tylko i wyłącznie talerze, na których była podawana. Ja osobiście wypiłem dwa „taniutkie” piwa (6,70€ za szt.) po czym odłączyłem się od grupy, gdyż byłem wcześniej umówiony z babcią, która przebywa na co dzień we Włoszech (mieszka i pracuje w pobliżu Milanello). Spotkanie nastąpiło pod katedrą: babcia była z 18-letnią Włoszką (córka znajomej), która zabrała nas najpierw na rzeczywiście niedrogie jedzenie, a potem na piwo, którym raczyliśmy się na skąpanym w słońcu Duomo. Boczne ulice rozbrzmiewały echem przyśpiewek kibiców Barcy i Milanu, co chwilę można było zobaczyć przemykającą w tłumie grupę kibiców jednego czy drugiego klubu. Niektóre z nich zatrzymywały się, by pośpiewać i przekrzykiwać się wzajemnie, jednak to wszystko było bardzo pozytywne i wyzwalało również takie emocje. Miasto żyło meczem, co można było poczuć, zobaczyć i usłyszeć. Następnie udaliśmy się na zwiedzanie katedry, która w środku robi jeszcze większe wrażenie niż na zewnątrz. Przed wejściem zatrzymał mnie jeszcze jakiś żandarm, który wskazał na moją koszulkę Milanu, po czym pokazał na siebie mówiąc, że jest za Juve i mnie nie wpuści. Oczywiście wszystko w żartach. Po kilku chwilach spędzonych w katedrze, wyszliśmy jeszcze na zewnątrz, po czym pożegnałem obydwie panie i ruszyłem w poszukiwaniu Milan Mega Store.

Daleko nie szedłem – sklep, a w zasadzie jego reklamę, widać już z daleka, poza tym po drodze mijałem ludzi z torbami opatrzonymi logiem sklepu, więc trafić również nie było ciężko. Na miejscu jakoś tak bez zastanowienia uderzyłem na „pewniaka” do wejścia, ale odbiłem się od rosłego czarnoskórego pana w garniturze i ciemnych okularach, który stanowczym gestem wskazał mi miejsce w kolejce. I podobnie jak przed siedzibą klubu, tutaj również ludzi wpuszczano grupami, choć i tak w środku panował niesamowity tłok. Oczywiście nie wiedziałem na początku, w którą stronę patrzyć, ale w końcu udało mi się nakreślić w głowie plan zakupów i jakoś poszło. Dodam tylko, że ceny wcale nie były jakieś wygórowane (koniec sezonu), a dodatkowo skorzystałem z uprzejmości kolegi, który użyczył mi karty Cuore Rossonero uprawniającej do 15% zniżki na wszystko. Po udanych zakupach udałem się ponownie na Duomo, ponieważ z układu godzin wynikało, że nie ma sensu się już oddalać na jakieś dalsze eskapady. Na placu ponownie dołączyłem do grupy, która już tylko wypoczywała siedząc w cieniu na krawężniku, racząc się zimnym piwem, poszedłem więc w ich ślady. Niesamowite było to, że de facto kręciło się tutaj mnóstwo policji (która nie miała zbyt wiele do roboty), ale nikt nie zwracał uwagi na to, że ktoś siedzi w środku miasta spożywa piwo itd. Pełna kultura i zupełnie inna mentalność ludzi. Zeszło nam tak do ok. godz. 18:00, po czym zebraliśmy się na metro, by dostać się pod stadion. Obok samej katedry były dwie stacje. Na jednej z nich dwóch Włochów zapytało mnie, czy jadę na San Siro. Odpowiedziałem twierdząco i zapytałem, czy oni też i skąd są, bo nie widziałem u nich żadnych barw. Odpowiedzieli, że z Neapolu, zapewniając jednocześnie, że są kibicami Milanu. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby to kibice Napoli jechali obejrzeć sobie Barcelonę. Ale to tak na marginesie. Na miejscu odnaleźliśmy nasz autokar, gdzie koordynatorzy wyjazdu rozdawali już bilety. Niemile zaskoczył nas sposób, w który AIMC rozporządziło miejscami na stadionie. Mieliśmy nadzieję, że usiądziemy wszyscy razem, jednakże 10 osób zostało oddelegowanych na sektor Curvy Sud, a reszta (30 osób) dostała miejsca na równoległej trybunie, tuż pod sektorem przeznaczonym dla kibiców przyjezdnych. Nie było jednak co narzekać, bo jak się okazało miejscówka była niczego sobie, a widok na murawę bardzo dobry. Pod stadionem tłumy „pielgrzymujących” kibiców, wszechobecne stragany i budki z jedzeniem. Weszliśmy na stadion i udaliśmy się na wyznaczone nam miejsca.

Sam stadion zrobił na mnie niesamowite wrażenie. Gdy zawodnicy wybiegli na rozgrzewkę, podniosły się gromkie brawa, a na telebimach wspominano między innymi Andriya Shevchenkę i jego gole z meczów przeciwko Barcy. Nie zabrakło oczywiście fotek, filmików itd. Nie obyło się też bez drobnego nieporozumienia – gdy stadion był już niemal pełny, pojawił się jakiś młody Włoch wskazując na moje miejsce i swój bilet. Okazało się, że mieliśmy te same numery krzesełka, na szczęście jedno miejsce wciąż pozostawało wolne, więc sprawa załatwiona. W końcu obydwa zespoły weszły na murawę i odegrano hymn Ligi Mistrzów – przy tym nagłośnieniu i atmosferze można było poczuć ciarki na plecach. Mecz rozpoczął się, a uwagę od razu przyciągnęła świetna oprawa Curvy – Pac-man i napis: „zjedzmy ich”. W tym momencie już w ogóle nie żałowałem, że nie siedzę po drugiej stronie. Samego spotkania nie ma sensu opisywać, bo pewnie każdy z Was go oglądał. Oczywiście nie mogliśmy przeżyć niewykorzystanych akcji Robinho i Ibrahimovica, ale po meczu cieszyliśmy się, że nie zakończył się wynikiem np. 1:1, tylko 0:0. Jedyny niedosyt można było odczuwać z powodu braku goli na San Siro, ale cóż – co się odwlecze, to nie uciecze. Atmosfera, jaką stworzyli kibice, była oczywiście bardzo pozytywna. Curva rozpoczynała śpiewy, my do nich dołączaliśmy i zdzieraliśmy gardła ile było sił. Każdą akcję Milanu pod bramką Barcy oglądaliśmy na stojąco, każdy odbiór piłki naszych obrońców wzbudzał aplauz i okrzyki radości, a każda sytuacja na naszą niekorzyść gwizdy i okrzyki oburzenia. Nie zapomnę również gromkich i długich braw jakie otrzymał Nesta, gdy opuszczał boisko - aż łezka kręciła się w oku. Jedyne co mogło drażnić to „Milan, Milan vaffanculo!” dobiegające z wyższej trybuny, jednak Włosi bardzo szybko zagłuszali te okrzyki gwizdami, prześcigając się oczywiście w najprzeróżniejszych mniej lub bardziej obraźliwych gestach kierowanych do sąsiadów z Katalonii. Po meczu wolniutko, aczkolwiek dość sprawnie, opuściliśmy stadion i udaliśmy się pod autokar, skąd niemal natychmiast gdy wszyscy się zebrali, ruszyliśmy w drogę powrotną. Podróż do Polski nie należała już niestety do najłatwiejszych. Ludzie dogorywali oglądając zdjęcia, nakręcone filmy i dzieląc się wrażeniami z tej wspaniałej podróży. Wszyscy mieli świadomość, jak długa i męcząca będzie droga powrotna, jednak wciąż pokonujemy kilometry, by zobaczyć naszą ukochaną drużynę.

Camill






© Copyright 2002-2016 by ACMilan.PL  ::  Wszelkie prawa zastrzeżone