Milan - Lecce | 30. kolejka Serie A 2008/09 | 5 kwietnia 2009

Od naszej poprzedniej wizyty na San Siro upłynęło prawie 15 miesięcy. Uznaliśmy, że to zdecydowanie za dużo i trzeba koniecznie coś na to zaradzić. Decyzja była błyskawiczna: mecz Milan - Lecce w ramach 30. kolejki Serie A zaplanowany był na niedzielny wieczór, a to idealna pora na dwudniowy wypad do stolicy Lombardii. Przygotowania nie trwały długo: w ciągu jednego popołudnia załatwiliśmy przelot, nocleg i wolny poniedziałek. Traf chciał, że mniej więcej w tym samym czasie Prezes Milan Club Polonia dostał z Włoch potwierdzenie, że AIMC dysponuje już zamówionymi przez nasze Stowarzyszenie kartami kibica Cuore Rossonero, więc bez wahania zgłosiliśmy gotowość ich odebrania.

W niedzielny poranek udajemy się na dublińskie lotnisko, a następnie po niemal trzygodzinnym locie lądujemy na Linate. Mediolan wita nas bezchmurnym niebem i dość wysoką temperaturą (zwłaszcza w porównaniu z irlandzką wiosną). Meldujemy się w hotelu i czym prędzej wyruszamy na miasto, by wykorzystać piękną pogodę. Zwiedzamy Castello Sforzesco, a resztę popołudnia spędzamy relaksując się w przylegającym do zamku Parco Sempione. W parku znajduje się Arena Civica - stary stadion US Milanese i Interu, na którym Milan grywał okazjonalnie ważniejsze mecze przed wybuchem I Wojny Światowej. To również tutaj rossoneri przenieśli się na cztery lata w roku 1941, kiedy ze względu na problemy z dostawami energii elektrycznej San Siro zostało pozbawione połączeń tramwajowych. Arena jest tego dnia zamknięta - robimy kilka zdjęć z zewnątrz i wracamy do hotelu, by przygotować się już do wyjścia na mecz. Na miejscu dostajemy potwierdzenie od Sonara, że karty Cuore Rossonero będą do odebrania w kasach AIMC pod San Siro.

Na stadion wyruszamy tuż po 19-stej. Czerwoną linią metra docieramy na stację Lotto. Na pobliskim przystanku wsiadamy do jednego ze specjalnie podstawionych autobusów, który dowozi nas praktycznie pod sam stadion. Kierujemy się w stronę charakterystycznej sylwetki piłkarskiej La Scali, mijając liczne stragany z flagami, szalikami, koszulkami i wszelkiej maści klubowymi gadżetami. Pod stadionem jest już dość tłoczno. Ustawiamy się w kolejce do jednej z dwóch kas biletowych zarezerwowanych dla kibiców spoza Włoch: to ostatnie bastiony tradycji papierowych wejściówek - w pozostałych okienkach królują elektroniczne karty kibica. Po odstaniu swojego z biletami w ręku udajemy się w pobliże wejścia numer 7, gdzie znajduje się kasa AIMC.

Na miejscu prym wiedzie żywiołowa Nuccia, roztaczająca wokół siebie aurę całkowitej dezorganizacji. Po szybkim przedstawieniu sprawy dowiadujemy się, że kart Cuore Rossonero dla Milan Club Polonia nie przyniesiono, bo uznano, że na pewno odbierzemy je sobie przy okazji kolejnego zorganizowanego wyjazdu. Tłumaczymy, że Prezes MCP dzwonił zaledwie kilka godzin wcześniej i obiecano mu, że będziemy mogli odebrać karty jeszcze dziś. Nuccia rzuca: "No dobra, zaraz je przyniosę", po czym zaczyna obsługiwać kolejnego interesanta. Czas mija, a my zaczynamy się zastanawiać, czy aby przypadkiem jej odpowiedź nie była zwykłą ironią. Sytuację zmienia Roberto - gość w średnim wieku, siedzący dotąd obok Nuccii i ograniczający swój zakres czynności do uśmiechania się. Prawdopodobnie znudzony siedzeniem w ciasnej budce, Roberto oświadcza, że on się tym zajmie, po czym udaje się w stronę San Siro, gdzie mieści się biuro AIMC. Wcale mu się przy tym nie spieszy. Tymczasem na trybunach rozlegają się gromkie oklaski - niezawodny dowód na to, że rossoneri wybiegli właśnie na rozgrzewkę. Roberto wraca po dobrych 20 minutach: pakujemy karty do plecaka i wreszcie możemy wejść na stadion.

Od razu udajemy się na swoje miejsca. Siedzimy na trybunie czerwonej - dokładnie na wysokości pola karnego od strony Curva Sud. Właśnie na tej połowie rozgrzewają się piłkarze Milanu. W centralnym punkcie południowego łuku trybun dostrzegamy spory transparent: "Carletto, dla Shevy więcej szacunku!!!" Rozgrzewka się kończy, a przez środek boisko przechodzi grupka osób w dresach Milanu, prezentując banner z hasłem "Niech podniesie się, kto może" przypominający, że 4 kwietnia był dniem poświęconym osobom z urazami rdzenia kręgowego. Po chwili przy akompaniamencie gwizdów i buczenia spiker odczytuje skład Lecce. Następnie pośród głośnych braw wyczytuje kolejno imiona piłkarzy Milanu, a kibice skandują ich nazwiska. Szczególnie gorące owacje dostają Maldini, Pato, Beckham i Ronaldinho, ale to nic w porównaniu z wręcz euforyczną wrzawą, jaka podnosi się w momencie, gdy spiker wymienia wracającego po dwumiesięcznej nieobecności Kakę.

Zaczyna się mecz, a kibice na Curva Sud chowają wiadomość do Ancelottiego i wywieszają następną - tym razem do Berlusconiego. "Prezydencie, dotrzymaj danego słowa" - głosi transparent. Tymczasem z boiska wieje nudą. Milan prowadzi powolny i przewidywalny atak pozycyjny, a Lecce broni się niemal całą drużyną, licząc na kontry. Groźnych akcji jest jak na lekarstwo, strzałów jeszcze mniej. Mimo to kibice ani na chwilę nie przerywają dopingu. Jakże inna atmosfera panowała tu w styczniu zeszłego roku, gdy gościliśmy poprzednio na San Siro. Wówczas ultrasi prowadzili swój cichy protest. Ale to już przeszłość - tym razem nie żałują gardeł. Kończy się pierwsza połowa, a jedyną akcją, która wbiła nam się w pamięć jest ta, w której futbolówka po niecelnym strzale strąciła jednego z chłopców do podawania piłek z ławeczki ustawionej tuż za bramką. Słowem, nie działo się zbyt wiele. W przerwie narzekamy między sobą na siedzącego przed nami Włocha, który każde nieudane zagranie rossonerich kwitował głośnymi przekleństwami i wyzwiskami, machając przy tym dosadnie rękoma.

W drugiej połowie niewiele się zmienia: mecz nadal jest kiepski, a nasz sąsiad przechodzi sam siebie, serwując coraz to wymyślniejsze obelgi pod adresem kolejnych piłkarzy Milanu. Gra nie wygląda najlepiej, więc Ancelotti decyduje się wprowadzić Ronaldinho. Kiedy okazuje się, że boisko opuścić ma Seedorf, na trybunach wybucha burza oklasków, zupełnie jakby kibice chcieli powiedzieć trenerowi: "wreszcie". Po chwili ultrasi intonują jednak - niejako na pocieszenie - przyśpiewkę na cześć Holendra. Ronaldinho ożywia grę rossonerich i nasi chłopcy wreszcie zaczynają stwarzać jakieś poważniejsze zagrożenie pod bramką przyjezdnych. Tymczasem Ancelotti nie zamierza rezygnować z kompletu punktów i za przygaszonego Kakę wpuszcza Shevchenkę. Czas jednak upływa nieubłaganie i zaczynamy powoli oswajać się z myślą, że tym razem na San Siro goli nie zobaczymy. Do podobnego wniosku dochodzi więcej osób i na około 10 minut przed końcem regulaminowego czasu gry na trybunach zaczyna się robić coraz luźniej. Tymczasem Lecce już całkowicie rezygnuje z kontrataków i skupia się na obronie cennego punktu. Podwójna zmiana w zespole gości wywołuje przeraźliwe gwizdy na trybunach: obaj zmieniani ostawiają kabaret, udając, że nie wiedzą, iż to oni mają opuścić boisko. I chyba właśnie za tę bezczelną grę na czas na Lecce spada dotkliwa kara.

Gdy sędzia techniczny pokazuje ilość doliczonych minut, nikt chyba już nie łudzi się, że coś tu się jeszcze zmieni. Lecz te dodatkowe pięć minut funduje nam potężną dawkę pozytywnych emocji. Najpierw po rzucie wolnym Senderos uderza głową, a piłka obija się jeszcze od Ronaldinho i ląduje w siatce bramki gości. San Siro eksploduje falą ciężkiej do opisania radości, a nasz wyzwalający okrzyk szczęścia informuje tych, którzy już są pod stadionem, że do ostatniego gwizdka nie tylko się gra, ale również kibicuje. Tymczasem bramkarz Lecce wciąż leży w polu karnym, zakrywając twarz dłońmi. On już wie: do Apulii przyjdzie wracać na tarczy. Ale to jeszcze nie koniec, bo oto niecałe dwie minuty później Ronaldinho efektownym zagraniem piętą wypuszcza Shevę w pole karne, a Ukrainiec precyzyjnym podaniem wystawia piłkę Inzaghiemu, który z bliska dopełnia dzieła zniszczenia. Nie dowierzamy w to, co się dzieje. Ów irytujący Włoch - ten sam, który przez cały mecz lżył i wyklinał kolejnych graczy Milanu - płacze ze szczęścia. Farina wkrótce kończy spotkanie, a my kierujemy się do hotelu. Jesteśmy zadowoleni, bo choć sam mecz nie stał na najwyższym poziomie, to wydarzenia z doliczonego czasu zrekompensowały nam w pełni nudne 90 minut.

Następnego dnia również nie próżnujemy. Nie bez kozery zdecydowaliśmy się na wieczorny lot powrotny: zaraz po śniadaniu wyruszamy do centrum, by maksymalnie wykorzystać nasz pobyt w Mediolanie. Pogoda jest piękna, więc jak tylko możemy unikamy dusznego metro i pieszo przemierzamy mediolańskie uliczki. Pomiędzy spacerem po Giardini Pubblici, a wizytą na skąpanym w słońcu Piazza Duomo, zaglądamy też na chwilę na via Filippo Turati 3, gdzie mieści się siedziba Milanu. Przy samym wejściu jakiś elegancki jegomość informuje ubraną w czerwono-czarne koszulki grupkę turystów z Japonii, że nie mogą wejść do środka. Udajemy się więc dalej, bo atrakcji turystycznych tu nie brakuje: Palazzo Reale, katedra Duomo, Galleria Vittorio Emanuele II, La Scala... Tuż za rogiem jest też Milan Point. Decydujemy się również na przejazd odkrytym autobusem po historycznych uliczkach Mediolanu. Około 18 meldujemy się na Stazione Centrale, skąd udajemy się już na lotnisko Orio al Serio. Szczęście nam sprzyja: w Dublinie lądujemy przed czasem. Potem jeszcze tylko godzinka w samochodzie i nasz spontaniczny wypad na Milan dobiega końca. I już myślimy o powtórce…

TomekW






© Copyright 2002-2016 by ACMilan.PL  ::  Wszelkie prawa zastrzeżone