Milan - Napoli | 18. kolejka Serie A 2007/08 | 13 stycznia 2008

Tuż po Świętach dopadła mnie ze zdwojoną siłą przypadłość każdego milanoholika: głód meczowy. Trudno się dziwić, wszakże od mojego ostatniego wyjazdu na Milan minęły prawie cztery lata. Jak ja to wytrzymałem? Szybko przejrzałem terminarz, za potencjalne cele obierając sobie spotkania w Mediolanie, by wreszcie móc zobaczyć rossonerich na żywo z trybun San Siro. Wybór padł na mecz z Napoli. Moja lepsza połowa przyjęła pomysł z wielkim entuzjazmem - dla niej miał to być pierwszy wyjazd na Milan. Załatwiliśmy sobie wolny poniedziałek, zamówiliśmy bilety na samolot, zarezerwowaliśmy hotel i odliczaliśmy dni...

Nadchodzi sobotni wieczór. Podekscytowani wyjazdem nie kładziemy się spać, mimo iż w środku nocy czeka nas godzinna podróż na dublińskie lotnisko i ponad dwugodzinny lot do Bergamo. Wszystko przebiega bez przeszkód: w niedzielne przedpołudnie lądujemy na Orio al Serio i szybko pakujemy się do autobusu zmierzającego do Mediolanu. 40 minut później wysiadamy pod Stazione Centrale i udajemy się w stronę hotelu. Meldujemy się i … ucinamy sobie godzinną drzemkę, bo przed nami długi i pełen wrażeń dzień, a te parę chwil snu w samolocie i autobusie to zdecydowanie za mało. Po zregenerowaniu sił przemieszczamy się metrem na Piazza Duomo i udajemy się do pobliskiego New Milan Point. Robimy zakupy i dowiadujemy się, że bilety zostały już odesłane na stadion i będą dostępne w kasach. Ponieważ do meczu jeszcze parę godzin, wykorzystujemy wolny czas na przyjrzenie się centrum i zjedzenie obiadu. Przed 18 udajemy się na stację metra i ruszamy na podbój San Siro.

Pod stadion docieramy tuż po 18-stej. Tłok jest dość spory: część kibiców już wchodzi do środka, inni posilają się w pobliskich punktach gastronomicznych. Wokół pełno jest straganów z szalikami, flagami i innymi kibicowskimi gadżetami. Kierujemy się w stronę północnej kasy biletowej. Po drodze zaczepia nas jeden z koników, oferując dwa bilety za trzy stówy. "Najlepsze miejsca!" - zachwala i (widząc nasz brak zainteresowania) opuszcza cenę o 50 euro. Grzecznie dziękujemy i ustawiamy się w kolejce do kasy. Świadomi tego, że ultras Milanu kontynuują swój kretyński protest i nie wspierają drużyny dopingiem, decydujemy się na drugi krąg trybuny czerwonej. Z biletami w rękach udajemy się na stadion. Wdrapujemy się po schodach i naszym oczom ukazuje się rozświetlona murawa i powoli zapełniające się trybuny. Na środku boiska widzimy wielki herb Milanu i porozstawiane wokół niego stojaki, a obok wielki napis "Il club piu' titolato al mondo". Curva Sud wciąż jest opustoszała, podczas gdy na drugim i trzecim kręgu Curva Nord roi się od ultras Napoli. Ludzi wciąż przybywa.

W końcu spiker ogłasza, że za chwilę odbędzie się prezentacja 18 trofeów, które uczyniły z Milanu najbardziej utytułowany klub świata. W akompaniamencie gwizdów ze strony ultras Napoli rozbrzmiewa hymn Milanu i na płycie boiska zaczynają się pojawiać trzyosobowe grupki, wnoszące kolejne trofea i czerwono-czarne sztandary z danymi kolejnych tryumfów rossonerich. Na telebimie tymczasem prezentowane są klipy z tychże meczów. Największy tumult podnosi się przy okazji przypomnienia niezapomnianego karnego Andriya Shevchenki z finału w Manchesterze. Parada pucharów trwa: szesnaste trofeum - zdobyty w Atenach Puchar Mistrzów - wnosi Paolo Maldini. Po chwili Carlo Ancelotti wychodzi na środek z Superpucharem Europy, aż wreszcie na murawę przy dźwiękach We Are The Champions wchodzi Silvio Berlusconi, trzymając w dłoni trofeum zdobyte na grudniowych Klubowych Mistrzostwach Świata. Na pozbawionej dotąd flag Curva Sud pojawia się wielki napis: "Lata sukcesów, pamiętne noce, niezapomniani mistrzowie: wieczna wdzięczność dla Silvio Berlusconiego". Po chwili na boisku pojawiają się też piłkarze Milanu. Galę kończy przemówienie prezydenta. Kilka minut później środek boiska zostaje uprzątnięty, a piłkarze wybiegają na rozgrzewkę.

Spiker zaczyna prezentować składy, a to znak, że mecz zaraz się rozpocznie. Kibice Milanu głośno skandują nazwiska kolejnych zawodników, ale prawdziwa wrzawa zaczyna się dopiero, gdy na telebimie pojawia się sylwetka Kaki. Jednak już parę sekund później jest jeszcze głośniej, bo oto spiker zapowiada debiut Pato. Niestety na tym kończy się aktywność kibiców Milanu, którzy potem - z niewielkimi wyjątkami - będą oglądać mecz w ciszy. Sędzia rozpoczyna spotkanie, a tymczasem ludzie wokół nas zaczynają nerwowo się oglądać. Okazuje się, że za naszymi plecami kibice Napoli zaczynają masowo przedzierać się przez płot i zeskakiwać z trzeciego na drugi krąg. Nie ma jednak mowy o żadnej zadymie: część schodzi niżej, by zrobić zdjęcia ultrasom, reszta rozsiada się na górnej części sektora i skupia się na meczu. Tymczasem na boisku największe zainteresowanie wzbudza Pato. Brazylijczyk w swej pierwszej akcji przewraca się, czym wzbudza salwę śmiechu na Curva Nord. Po chwili jednak Pato mija kilku rywali i od tego czasu słychać już tylko oklaski. W 16' na San Siro rozlega się okrzyk radości: Ronaldo wyprowadza Milan na prowadzenie. Rossoneri szukają drugiej bramki, lecz w 27' to goście zdobywają gola za sprawą Sosy. Ultrasi z Neapolu odpalają race, a my mamy okazję przekonać się, jak wielu kibiców Napoli jest w naszym sektorze. Przechodzi mi nawet przez myśl, że może być ich tu więcej niż naszych, ale już cztery minuty później okazuje się, że nie mam racji, bo oto nasz sektor wybucha jeszcze głośniejszą radością po tym, jak do siatki trafia Seedorf. Radość nie trwa jednak długo, bo wkrótce Napoli wywalczą jedenastkę, którą wykorzystuje Domizzi. Sektory Napoli szaleją, ale nie wszyscy potrafią się cieszyć z klasą: jakiś troglodyta zrzuca racę z drugiego na pierwszy krąg Curva Nord, w związku z czym cały sektor fanów rossonerich musi zmienić miejsca. Tymczasem na Curva Sud panuje cisza z rzadka przerywana głośną przyśpiewką na cześć Pato. Na przerwę piłkarze schodzą przy wyniku 2:2. Drugą połowę Milan zaczyna od mocnego uderzenia: tuż po wznowieniu do siatki trafia Ronaldo i od tego czasu na boisku istnieje już tylko jeden zespół. Ultras Napoli starają się zagrzać swoich pupili do walki, ale z wraz z upływem czasu i kolejnymi golami rossonerich udziela im się rezygnacja prezentowana przez piłkarzy ze stolicy Kampanii i doping słabnie. Kiedy w końcówce spiker prosi fanów Napoli o pozostanie na miejscach, ci masowo próbują opuścić swój sektor. Rano w gazecie wyczytamy, że podczas tej akcji kilku stewardów zostało poturbowanych. Wychodzić zaczynają również fani z bocznych trybun. Curva Sud zostaje pełna do samego końca, ale wiele z tego nie wynika, bo poza kilkoma przyśpiewkami o Milanie i Pato panuje tam cisza. My zostajemy do końca i kiepski doping nie psuje nam wielkiego wrażenia, jakie wywiera na nas nasza pierwsza wizyta meczowa na San Siro. Po meczu wracamy do hotelu, a w rozmowach kibiców Milanu przewijają się dwa nazwiska - a właściwie przydomki: Pato i Ronaldo.

W poniedziałek ociągamy się ze wstaniem i opuszczeniem hotelu: czekamy do samego końca doby hotelowej. Potem zwiedzamy wnętrze katedry Duomo i decydujemy się na wjechanie na jej szczyt. Ale celem numer jeden na ten dzień jest ponownie San Siro. Kupujemy bilet na zwiedzanie stadionu i muzeum - tu miłe zaskoczenie: cena nie uległa zmianie od mojej wizyty w 2003 roku. Inne rzeczy jednak się zmieniły: już na wstępie zostajemy poinformowani, że w muzeum wprowadzono zakaz fotografowania. Polak jednak potrafi, więc rozdzielamy się: Anetka ogląda eksponaty, pozostając w polu widzenia pracowniczki muzeum, ja pospiesznie udaję się do sali z figurami piłkarzy Milanu i Interu. Najciekawsze eksponaty pozostają jednak poza zasięgiem naszego aparatu: zarówno gabloty z trofeami obu klubów, jak i duża, drewniana makieta San Siro, znajdują się tuż przy kasie pod czujnym okiem pracownic muzeum. Zwiedzanie przerywa nam przewodniczka, zachęcająca do przechadzki po stadionie. Wchodzimy na trybuny San Siro. Kiedy byłem tu pięć lat temu, byłem świadkiem zmiany murawy: po boisku jeździł ciągnik, a grupa ludzi uwijała się przy zdejmowaniu darni. Tym razem stadion jest niemal pusty: poza nami, parą Japończyków i przewodniczką zauważamy tylko dwóch panów spawających płot. Przewodniczka opowiada krótko o historii San Siro i wyjaśnia, że kibice Milanu używają tej starej nazwy, bo nie pasuje im to, że stadion nazwano imieniem legendy Interu. Kiedy nasi skośnoocy towarzysze rzucają się do pstrykania fotek, postanawiam dyskretnie uzupełnić wiedzę przewodniczki i informuję ją, że Meazza grał też w czerwono-czarnej koszulce i był nawet kapitanem. Sympatyczna pani nie daje się przekonać, a ja, słysząc w odpowiedzi "nie piłkarzem, tylko trenerem Milanu!", postanawiam dać sobie spokój z korepetycjami z milanologii. Udajemy się do szatni, gdzie czeka na mnie kolejne zaskoczenie: zostały one wyremontowane i nabrały nowoczesnego wyglądu. Widać to szczególnie w pomieszczeniach Milanu, a zwłaszcza w pokoju odpraw, wyposażonym w efektowne fotele, na których oczywiście robimy sobie zdjęcia. Szatnia Interu również została odnowiona, ale w porównaniu z pomieszczeniami Milanu wygląda dość skromnie. Największą różnicę widzimy w łazienkach: u rossonerich są estetyczne, białe zlewy, podczas gdy te u nerazzurrich wyglądają jak stare, pożółkłe koryta. Zwiedzanie dobiega końca, a my udajemy się do San Siro Store, gdzie nie odmawiamy sobie małych zakupów.

Z braku czasu (i było tyle spać? :P) musimy porzucić pomysł odwiedzenia Via Turati, ale będzie to dla nas dobry pretekst, by znów wybrać się do stolicy Lombardii. Idziemy jeszcze na pizzę i kierujemy się w stronę Stazione Centrale, skąd autobusem odjeżdżamy w stronę lotniska w Bergamo. Gdy czekamy na lot powrotny (dwie godziny opóźnienia - a jak!), okazuje się, że dwie siedzące obok pary Irlandczyków również były na meczu! Cóż, świat jest jednak bardzo mały. Potem już tylko dwie godziny w samolocie (pilot nadrabiał opóźnienie ;P) i godzina w samochodzie. Do domu wchodzimy w środku nocy - wyczerpani, ale szczęśliwi. I z jedną myślą w głowie: wrócić tam! I to jak najszybciej!

TomekW






© Copyright 2002-2016 by ACMilan.PL  ::  Wszelkie prawa zastrzeżone