Milan - Atalanta | 31. kolejka Serie A 2007/08 | 30 marca 2008

Kiedy zimą zeszłego roku stało się dla mnie jasne, że moja praca magisterska nie powstanie, jeśli nie dotrę do książek dostępnych jedynie we Włoszech, miałam znakomitą wymówkę, by przy okazji zbierania materiałów pojechać wreszcie na mecz Milanu. Wybór padał na Milan - Atalanta, trochę przypadkowo, jako że na ten okres udało mi się znaleźć stosunkowo tani hotel w Mediolanie i jak się później okaże, nie była to z pewnością najszczęśliwsza decyzja... Jeszcze pod koniec grudnia dokonałam więc wszystkich rezerwacji i pozostawało mi czekać do marca: tygodniowy wyjazd do Mediolanu rozpocząć miał się zaraz po Wielkanocy.

W Mediolanie byłam wcześniej dwa razy, ale zawsze w pierwszej połowie lipca, także nie miałam możliwości wybrania się na mecz. Mój trzeci pobyt w stolicy Lombardii musiałam więc wykorzystać jak najlepiej. Poza obejrzeniem meczu w planach początkowo miałam jeszcze zwiedzanie stadionu, ale jakiś miesiąc przed wyjazdem pojawił się pomysł wybrania się również do Milanello. Zawsze byłam przekonana, że dotarcie tam bez samochodu jest niemożliwe, jednak po sprawdzeniu połączeń okazało się, że autobus dowiezie mnie do Carnago, na terenie którego znajduje się ośrodek treningowy Milanu, a z centrum miasta do Milanello powinnam bez problemu dojść na piechotę. Wydrukowałam sobie wszystkie potrzebne rozkłady jazdy, jednak nie wiedziałam, czy ostatecznie zdecyduję się na tę podróż.

Do Mediolanu przyjechałam we wtorkowe popołudnie i jeszcze tego samego dnia pojechałam na San Siro. Dotarcie tam tramwajem nr 16 nie okazało się wcale takie proste i szybkie: w pewnym momencie motorniczy kazał wszystkim wysiąść, bo musiał zawracać. To samo było z kolejnym tramwajem i dopiero trzeci, który przyjechał dowiózł mnie do celu. Najpierw zwiedziłam muzeum, potem przewodniczka zabrała całą grupę na stadion, na koniec zwiedzanie szatni. Emocje ogromne, pierwszy raz znalazłam się przecież na San Siro! Na koniec poszłam do San Siro Store, ale cena koszulek sprawiła, że z zakupem postanowiłam się jeszcze wstrzymać.

Następnego dnia kupiłam bilet na mecz i w oczekiwaniu na niedzielę, cały czas zastanawiałam się, czy mam jechać do Milanello. Nie do końca podobała mi się perspektywa dość długiej i samotnej podróży w nieznane, ale w końcu doszłam do wniosku, że skoro jestem już tak blisko, okazja jest nie do stracenia i nie darowałabym sobie, gdybym z niej nie skorzystała. W czwartek zrobiłam piłkarskie zakupy w sklepie przy Piazza Duomo (tu w odróżnieniu od San Siro wydrukowanie na koszulce numeru i nazwiska piłkarza było darmowe), następnie zadzwoniłam do Milanello i dowiedziałam się, że piątkowy trening zaplanowany jest na godzinę 15. Tym samym byłam gotowa do drogi, a celem numer jeden było zdobycie podpisu na koszulce nr 3.

Pociąg z Mediolanu do Varese ruszył o 10.30 i według obliczeń około 13 miałam znaleźć się pod bramą Milanello, w sam raz na przyjazd piłkarzy. O ile jednak pociąg jechał bez zastrzeżeń, to autobus, który z Varese zawieźć miał mnie do Carnago najpierw trochę się spóźnił, a potem jeszcze stał w korkach. Tym sposobem o 13 znalazłam się dopiero w centrum Carnago (które okazało się małym, wyludnionym miasteczkiem) i jak poinformował mnie kierowca, dojście do Milanello miało mi zająć ponad pół godziny. Trochę jeszcze pobłądziłam (musiałam znaleźć bar, żeby kupić w nim bilet powrotny), a do Milanello wcale nie było mi łatwo trafić: droga w pewnym momencie zrobiła się mało ciekawa, a że końca nie było widać, myślałam, że jednak nie poszłam tam gdzie trzeba i zawróciłam. Kiedy wreszcie upewniłam się, że idę właściwą trasą, minął mnie znany mi dobrze ze zdjęć samochód: już wiedziałam, że przed treningiem koszulka nie zostanie podpisana... W końcu znalazłam się pod bramą Milanello i dołączyłam do jakichś 20 czekających tam kibiców. Okazało się, że faktycznie się spóźniłam, gdyż prawie wszyscy piłkarze byli już na miejscu. Zdążyłam jeszcze na przyjazd Kaladze, Ambrosiniego i Tassottiego. Wszyscy trzej okazali się bardzo sympatyczni, choć najlepsze wrażenie (i to nie tylko z tej trójki) zrobił na mnie wicetrener Milanu. Nie wszyscy zawodnicy jednak byli chętni do kontaktu z kibicami. Dida, o którym jeszcze przed wyjazdem czytałam, że prędzej rozjedzie zatrzymujących go ludzi niż się zatrzyma, i tym razem nie zareagował na liczne, przyjaźnie brzmiące "ciao Dida!", i na kibiców nawet nie popatrzył, a stali bywalcy Milanello potwierdzili, że "on tak zawsze".

Cały czas pojawiali się kolejni tifosi, oczywiście zawiedzeni tym, że piłkarze już są w ośrodku. W końcu brama wjazdowa do Milanello została zamknięta, czekano już tylko na mającego się spóźnić Seedorfa (wszystkich informacji udzielał nam bardzo sympatyczny pracownik ochrony). Trzeba było zatem wypełnić jakoś najbliższe 2 godziny. Wraz z dwiema grupkami poznanych pod bramą kibiców udałam się więc na górkę, z której można było - z bardzo daleka niestety - dostrzec trenujących piłkarzy. Wtedy też żałowałam, że nie wzięłam ze sobą lornetki... Kiedy już znudziło nam się wypatrywanie, próby rozpoznania poszczególnych piłkarzy i zrozumienia czegokolwiek z rozgrywanego meczu treningowego, przenieśliśmy się pod zewnętrzne boisko, na którym z kolei odbywał się prowadzony przez Filippo Galliego trening Primavery. Tu już można było zaobserwować i usłyszeć wszystko, również przekleństwa jednego z piłkarzy w ożywionej dyskusji z trenerem...

Czas mijał szybko, dzień był słoneczny i bardzo ciepły, a dodatkowo jeszcze typowo wiejskie krajobrazy i zapachy sprawiały, że czułam się zupełnie jak na wakacjach. W końcu postanowiliśmy wrócić pod bramę i okazało się, że ludzi jest ze trzy razy więcej niż na początku. Poprzyjeżdżały całe rodziny z dziećmi, z psami. Największe wrażenie robił kilkuletni chłopiec, który wraz z rodzicami - kibicami Juventusu i Interu - przyjechał z Niemiec i przygotowany był perfekcyjnie: ubrany od stóp do głów w czerwono - czarne barwy, miał też ze sobą flagę Milanu i własnoręcznie ozdobione herbem klubu i diabełkiem kartki, na których miał zbierać autografy. Takie tłumy ludzi jednak specjalnie mnie nie ucieszyły, bo oczywiście dotarcie do piłkarzy stawało się utrudnione. Ponadto podobno też niektórzy zawodnicy (Gilardino czy Ronaldo, po tym jak któregoś razu zaatakowany został przez grupkę niezadowolonych z jego poczynań w Milanie fanów) opuszczać mieli Milanello boczną bramą. Ale pełna nadziei czekałam. Po 17 pojwili się pierwsi piłkarze i znowu schemat ten sam: niektórzy zatrzymywali się chętnie, inni mieli mniejszą ochotę na kontakty z kibicami i albo zatrzymywali się na krótko, albo wcale. Znowu nie zatrzymał się Dida, podobnie jak wszyscy pozostali bramkarze Milanu: obecni i byli (Seba Rossi). Udało mi się za to zdobyć autografy Costacurty (po rozdaniu paru podpisów już chciał co prawda odjeżdżać, ale mu nie pozwoliłam!), Maldiniego (z autografem na koszulce były pewne problemy, bo nie przygotowałam się do tego jak powinnam, na szczęście Paolo był cierpliwy, a z kibicami spędził tyle czasu, że zdążyłam wrócić nawet po drugi autograf, a na koniec zrobić jeszcze parę zdjęć) oraz Gattuso (którego pojawienie się wzbudziło największy entuzjazm tifosich, on sam jednak nie był aż tak sympatyczny, jak mi go opisywano…). Ponownie jednym z najbardziej uśmiechniętych i przyjaźnie nastawionych piłkarzy okazał się Ambro, a że miałam już jego autograf, tym razem uwieńczyłam go na zdjęciu. Zrezygnowałam natomiast z autografów Cafu, Bonery i Favalliego, bo kartek miałam mało, a te które mi zostały wolałam zachować dla innych piłkarzy. Niestety ci inni albo obojętnie mijali kibiców, albo zasiedzieli się w Milanello, a ja przed 18 musiałam już niestety opuścić ośrodek treningowy, tak aby zdążyć na ostatni autobus do Varese. Do hotelu wróciłam przed 21, trochę zmęczona prawie 12-godzinną wyprawą, ale szczęśliwa. A to, że nie udało mi się "spotkać" wszystkich piłkarzy, na których mi zależało (Kak?, Nesta i Inzaghi przede wszystkim) jest dobrym powodem, by do Milanello jeszcze powrócić!

Pozostawał już tylko niedzielny mecz. Na stadion weszłam tuż po 13 i prawie nie mogłam uwierzyć, że po latach kibicowania Milanowi "z daleka", oto za chwilę pierwszy raz w życiu obejrzę mecz z trybun San Siro. Kiedy spotkanie już się zaczęło (ale i przed jego rozpoczęciem) moją uwagę zwrócił brak jakiegokolwiek dopingu. Kibice Atalanty wstęp na mecz mieli zabroniony, Curva Sud natomiast siedziała zupełnie cicho, jak się później okazało nie z powodu kolejnego strajku, a ze względu na śmierć kibica Parmy. Atmosfera była więc naprawdę kiepska. Za to już od pierwszych minut słychać było gwizdy i wyzwiska pod adresem piłkarzy. Na tym tle zresztą o malo co nie doszło do rękoczynów pomiędzy dwojgiem kibiców: jednym tym wciąż obrażającym piłkarzy, a drugim, który stanął w obronie drużyny. Oczywiście Milan w pierwszej połowie grał tragicznie (a właściwie nie grał wcale…), ale chyba nawet bardziej byłam rozczarowana właśnie postawą publiczności. 2-0 do przerwy było wynikiem, którego chyba nikt na stadionie się nie spodziewał… W przerwie poszłam napić się czegoś ciepłego i kiedy wróciłam moi sąsiedzi - zarówno ci z prawej jak i lewej strony - okazali swoje zdziwienie: byli pewni, że zrezygnowałam i opuściłam stadion… Druga połowa w wykonaniu Milanu wyglądała już znacznie lepiej, zaangażowanie było zdecydowanie większe. Z trzech strzelonych przez Milan bramek sędzia uznał jednak tylko tę zdobytą przez Maldinego, a niewykorzystany w ostatnich minutach przez Pirlo karny uniemożliwił wywalczenia chociażby jednego punktu, który mógłby mieć ogromne znaczenie w walce o czwarte miejsce. Ponowne gwizdy kibiców na zakończenie meczu to ostatnie wspomnienie jakie zachowałam z tego spotkania. I nie mam teraz wyjścia: również na San Siro muszę wrócić jak najszybciej, tak by zatrzeć to niemiłe wspomnienie.

W drodze powrotnej ze stadionu postanowiłam poszukać jeszcze domu strzelca jedynego gola dla rossonerich i mimo, że dokładnego adresu nie znałam, a mapka jaką przygotowałam sobie jeszcze w Polsce została w hotelu, to przynajmniej raz jeden szybko i bez problemów znalazłam to, czego szukałam.

W poniedziałek i wtorek poczytałam sobie jeszcze w księgarniach książki o Milanie i piłkarzach i wyjazd niestety dobiegł końca. We wtorek po południu opuściłam z żalem słoneczny Mediolan, ale - jak już pisałam - powodów, by wrócić tam w przyszłym sezonie, nie brakuje.

biedronka







© Copyright 2002-2016 by ACMilan.PL  ::  Wszelkie prawa zastrzeżone