Arsenal - Milan | 1/8 finału Ligi Mistrzów 2007/08 | 20 lutego 2008

Lutowy mecz Ligi Mistrzów z Arsenalem stwarzał milanistom z Wysp Brytyjskich świetną okazję do tego, by zobaczyć swych ulubieńców na żywo. Dlatego też zupełnie nie zdziwiło mnie, kiedy na początku stycznia odezwał się do mnie mój dobry kumpel Krzysiek (Ijo) i zapytał, czy byłbym zainteresowany wypadem do Londynu. Odpowiedź była oczywista. Natychmiast skontaktowałem się z Grześkiem (gregor) z Manchesteru, który także nie miał wątpliwości, że grzechem byłoby przegapić taką okazję. Zapadła decyzja: 20 lutego wspieramy rossonerich z trybun stadionu Emirates.

Rozpoczęliśmy przygotowania: z załatwieniem urlopu i zorganizowaniem taniego dojazdu nie było większych problemów. Prawdziwym wyzwaniem było zdobycie biletów na mecz. Poważną przeszkodą stanowił specyficzny system dystrybucji wejściówek przez Arsenal. Sprzedaż podzielona była na etapy: pierwszeństwo mieli posiadacze tzw. złotego członkowstwa, potem członkowie srebrni, a następnie czerwoni - o ile bilety były jeszcze dostępne! To sprawiało, że zakup w wolnej sprzedaży był praktycznie niemożliwy. Swoją pomoc zaoferował pracujący z Krzyśkiem kibic Arsenalu - niestety jego czerwone członkowstwo okazało się niewystarczające. Plan B polegał na zdobyciu wejściówek drogą mniej oficjalną. Po kilku dniach Ijo dostał cynk, że dostaniemy bilety. I wtedy kontakt z pośrednikiem się urwał… Parę dni później gość się odnalazł, ale nie miał dobrych wiadomości: ponoć ukradli mu telefon i nie potwierdził w porę rezerwacji. Pozostały nam dwie możliwości: kupić bardzo drogie bilety przez Internet albo spróbować szczęścia pod stadionem. Doszliśmy do wniosku, że można zaryzykować drugą opcję, bo Włosi na pewno przywiozą ze sobą nadliczbowe wejściówki. W Pradze udało nam się kupić ponad 40 biletów, więc czemu tutaj nie mielibyśmy zdobyć trzech? Pocieszaliśmy się też tym, że za wejściówkę na zeszłoroczny półfinał z Manchesterem gregor zapłacił tylko 100 funtów. A to dopiero 1/8 finału…

Nadchodzi dzień meczu. Do Luton docieram z niespodziewanymi atrakcjami: podlondyńskie lotniska spowija mgła i zgodę na lądowanie dostajemy dopiero przy ostatniej próbie (o mało co, a zostalibyśmy skierowani do Liverpoolu). Krzysiek odbiera mnie z lotniska i udajemy się do Londynu, gdzie na dworcu autobusowym czeka już na nas Grzesiek. Nie chcemy tracić ani chwili, więc rozpoczynamy poszukiwania włoskich kibiców. Zaczynamy przed Pałacem Buckingham. Włochów jak na lekarstwo, a zorganizowanych grup nie widać. Pojawia się za to limuzyna pod eskortą policji - 15 metrów przed nami przejeżdża Królowa Elżbieta II. Kierujemy się w stronę Big Bena, gdzie wreszcie napotykamy na liczniejszą grupkę milanistów z Włoch. Nie mają biletów - oferują jedynie okolicznościowe szaliki. Nam jednak nie w głowie pamiątki: idziemy pod London Eye, ale tam również bez sukcesu. Udajemy się więc na Piccadilly Circus, gdzie na stacji metro znajdujemy sklepik z biletami. Nie nabywamy ich jednak, bo sprzedawca chce aż 250 funtów od sztuki, a do tego mówi, że będą do odbioru dopiero po 17-stej. W okolicach Piccadilly Circus spotykamy wreszcie zorganizowane grupy z Włoch, jednak nikt nie ma biletów na sprzedaż. Postanawiamy coś zjeść i udać się pod stadion.

Jedziemy na Emirates. Tuż przy wyjściu z metra mijamy pierwszego konika - facet chce odkupić bilety. Ignorujemy go i kierujemy się w stronę stadionu. Po drodze zachodzimy jeszcze do klubowego sklepiku, gdzie robimy małe zakupy. W końcu stajemy pod Emirates. Stadion robi spore wrażenie: nowoczesna budowla jest ładnie wkomponowana między okolicznymi budynkami. Obchodzimy obiekt dookoła i robimy sobie pamiątkowe zdjęcia. Ludzi powoli przybywa, więc udajemy się z powrotem pod stację metra w poszukiwaniu kogoś, kto byłby skłonny odsprzedać wejściówki po rozsądnej cenie. Po drodze zaczepia nas kulejący facet i pyta, czy nie chcemy czasem kupić biletów. Za trzy życzy sobie tysiąc funtów. Ustawiamy się przy wyjściu z metra i obserwujemy koników. Jest ich zaledwie czterech, może pięciu - szybko zauważamy, że co jakiś czas przechodzą koło siebie, coś szepczą i coś sobie ukradkiem przekazują. Nie ma wątpliwości, że współpracują - to zmniejsza szanse na dobrą cenę. Tymczasem z metra wychodzi coraz więcej kibiców Milanu. Przemieszczają się pod stadion śpiewając głośno milanowe przyśpiewki. Ruszamy za nimi i wkrótce znów stoimy pod stadionem. I wtedy przychodzi zimny prysznic: dociera do nas, że Włosi przylecieli bez biletów - odbierają je dopiero teraz w kasach pod stadionem. To dla nas wielkie zaskoczenie: według informacji z oficjalnej strony Milanu, Anglicy mieli odpowiednio wcześniej wysłać bilety do Italii… Wiemy już, że naszą ostatnią szansą na wejście na mecz są koniki. Wracamy w okolice stacji metra, licząc na cud. Po drodze przekonujemy się, że takich jak my jest więcej: znaczna większość rezygnuje po usłyszeniu ceny. Ale nie wszyscy: grupa Japończyków bez mrugnięcia spełnia wygórowane żądania kulawego. Do meczu coraz bliżej: robi się ciemniej, ludzi przybywa, a biletów nadal nie ma.

Zaczynają się odzywać telefony: ludzie są ciekawi, czy udało się już wejść na stadion. Na wieść o tym, jak wygląda sytuacja, reagują niemal identycznie: "chyba nie po to przyjechaliście, żeby odejść spod stadionu z pustymi rękoma?". Na niecałe pół godziny przed meczem zapada decyzja: wchodzimy bez względu na koszt. Znajdujemy kulawego i pytamy o bilety. Gość też jest już nieźle zdesperowany i ustalamy cenę: znacznie niższą niż chciał na początku, lecz wciąż nieprzyzwoicie wysoką. Chcemy iść do pobliskiego bankomatu, bo nie byliśmy przygotowani na aż taki wydatek, ale kulawy nas zatrzymuje i mówi, że najpierw musi sprawdzić, czy znajdą się trzy miejsca obok siebie. Po dość ożywionej rozmowie telefonicznej niezrozumiałym slangiem, konik oświadcza nam, że wejściówki są, ale na różne sektory. Jest nam wszystko jedno - chcemy po prostu wejść. Kuternoga prowadzi nas pod stadion, gdzie czekają już jego kumple. Razem z Grześkiem staję w kolejce do bankomatu i pokazujemy Krzyśkowi, żeby brał bilet i wchodził. Po chwili Ijo znika w tłumie. Kulawy coraz bardziej naciska - mówi, że nasi "opiekunowie" też idą na mecz. Mówię mu, że nie muszę nic wypłacać, ale wtedy część kwoty będzie w euro. Nie przeszkadza mu to: bierze kasę i mówi, że mam iść z siwiejącym jegomościem i jego synem. Facet tłumaczy mi, że wejdę na jeden z jego karnetów. Przemieszczamy się pod stadion, a moja niepewność rośnie. Młody szybko przechodzi przez bramkę, jego ojciec pcha się przede mną. Mówię mu, że chcę wejść pierwszy. Ten zaczyna się śmiać i mówi, że nie mam się czego obawiać. Daje mi karnet i - pokazując jak go użyć - przechodzi przez bramkę. Oczami wyobraźni widzę, jak obaj znikają w tłumie, zostawiając mnie z lipną kartą wstępu. Skanuję karnet, zapala się zielone światełko - jestem w środku. W drodze na górę dostaje smsa od Ijo - też jest na trybunach. Kiedy docieram na miejsce, spiker wyczytuje już składy, a zawodnicy ustawiają się do hymnu Ligi Mistrzów. Siwiejący przedstawia się jako Bill i tłumaczy mi, że gdyby ktoś pytał, to jestem synem jego dobrego kumpla i właśnie przyjechałem do niego z wizytą. Rozglądam się: wokół mnie sami kibice Kanonierów. Jestem na górnym kręgu trybun na wprost pola karnego Milanu.

Mecz toczy się pod dyktando gospodarzy. Nasi chłopcy pozwalają grać Kanonierom, ale nie dopuszczają ich do groźnych sytuacji. Miejscowi kibice głośno śpiewają, ale ich repertuar ogranicza się zaledwie do 2, może 3 przyśpiewek. Dość wyraźnie słyszę za to milanistów, dopingujących zza naszej bramki. Kilka sektorów obok nich siedzi Krzysiek - ale o tym dowiem się dopiero po meczu. Sympatycy Arsenalu kibicują na siedząco - wstają tylko na chwilę przy groźniejszych strzałach. Ale nie ma co się dziwić: w sektorze Krzyśka jednego kibica wyprowadzają za zbyt częste wstawanie i zasłanianie innym widzom! Doping jest kulturalny i skupiony na własnym zespole - nie ma obraźliwych haseł pod adresem Milanu. Na boisku jest dużo walki, ale wynik nie ulega zmianie. Sędzia zaprasza drużyny do szatni, a ja sprawdzam telefon: nie ma ani wiadomości od Grześka, ani zasięgu. Po przerwie obraz gry nie ulega większym zmianom: Arsenal nadal naciska, ale Milan umiejętnie się broni. Gospodarze strzelają bramkę, ale z miejsca, gdzie siedzę, spalonego widać wyraźnie pomimo tego, że akcja rozgrywa się po przeciwległej stronie stadionu. W miarę upływu czasu gry Arsenal opada trochę z sił i do głosu dochodzi Milan. Przekonuję się szybko, jak bardzo wymagający są kibice miejscowych. Najmniejsze odpuszczenie pressingu pociąga za sobą głośne pomruki niezadowolenia na trybunach. Sporą porcję gwizdów zbiera też poobijany Pato - kibice uważają, że gra na czas. W końcówce gospodarze przystępują do szturmu i tylko mieszance szczęścia i nieskuteczności Kanonierów zawdzięczamy, że Kalac nadal zachowuje czyste konto. W doliczonym czasie emocje sięgają zenitu: Adebayor trafia w poprzeczkę, a mój okrzyk ulgi miesza się z jękiem zawodu kibiców Arsenalu. Mecz kończy się bezbramkowym remisem, będącym niezłym wynikiem w perspektywie rewanżu na wypełnionym po brzegi San Siro. Razem z Billem i jego synem czekamy aż tłum się trochę rozrzedzi i udajemy się w stronę wyjścia. Po drodze telefon łapie zasięg i przychodzi sms od gregora: nie wszedł na stadion…

Kiedy docieram w umówione miejsce, Krzysiek rozmawia przez telefon z Grześkiem, który w tym czasie jest już w drodze do domu. Okazuje się, że kiedy gregor wybierał pieniądze z bankomatu, kulawy się ulotnił. Nigdy się nie dowiemy, czy miał tylko 2 bilety, czy ten trzeci sprzedał, nie mogąc się doczekać. Jest nam głupio, że tak wyszło, ale Grzesiek pociesza nas, że nie mieliśmy wpływu na to, co się stało. Zapewnia, że on nie żałuje, bo jest zadowolony z wyniku i tego, że wreszcie udało nam się spotkać. Dochodzimy do wniosku, że mogło być gorzej - konik mógłby mu przecież wcisnąć fałszywy bilet. Lekko pokrzepieni robimy jeszcze kilka zdjęć i wraz z tłumem kierujemy się do metra. Stamtąd prosto na dworzec, a następnie nocnym pociągiem do Milton Keynes. Na drugi dzień Ijo odstawia mnie do Luton, skąd odlatuję do Dublina.

Na pewno jeszcze kiedyś spotkamy się na meczu Milanu. Pewnie będzie łatwiej, taniej, mniej nerwowo i bez tak podniesionego poziomu adrenaliny. Ale jeśli ktoś mnie kiedyś spyta, czy żałuję czegoś z wyprawy do Londynu, to bez wahania odpowiem: warto było! Zobaczyć Milan na żywo - bezcenne!

TomekW






© Copyright 2002-2016 by ACMilan.PL  ::  Wszelkie prawa zastrzeżone