Chievo - Milan | 8. kolejka Serie A 2006/07 | 25 października 2006

Obejrzenie meczu ukochanej drużyny dla każdego kibica stanowi spełnienie marzeń. Zwłaszcza, jeśli dotarcie na mecz wymaga więcej niż pokonanie kilku kilometrów w drodze na stadion. Nie inaczej było i w moim przypadku - na spełnienie trzeba było czekać 29 lat. Milanowi kibicuję od końca lat 80. Pamiętam, jak podczas oglądanych - jeszcze w czarno-białym telewizorze - meczy marzyłem, by znaleźć się kiedyś na meczu Rossonerich. Gdy już wyjazdy z Polski (po 1989 r.) były łatwiejsze, to znów bariera finansowa wydawała się nie do przeskoczenia, a potem, gdy z pieniędzmi nie było najgorzej... brakowało czasu.

Niemniej ilekroć wyjeżdżałem do Włoch, zawsze starałem się spróbować dotrzeć na mecz Milanu. Za pierwszym razem w 2002 r. długa odprawa na lotnisku w Rzymie nie pozwoliła mi zdążyć na pociąg do Mediolanu, innym razem Milan, gdy byłem na północy, grał na Sycylii. Kiedy indziej była akurat przerwa na mecz reprezentacji, itd. Dlatego (w perspektywie wyjazdu w październiku) liczyłem po cichu, że wreszcie tym razem, nawet jeśli nie mecz Milanu, to choć jakiś mecz Serie A obejrzę. Ponieważ leciałem przez Bergamo, początkowo myślałem, by obejrzeć mecz Atalanty z Cagliari. Wiedziałem, że Milan nie gra u siebie, więc pogodziłem się jakoś, że jeszcze tym razem Milanu nie obejrzę. Miejscem docelowym było dla mnie Trento i gdy sprawdzałem połączenia pociągowe - okazało się, że muszę jechać przez Weronę. Może Chievo gra u siebie - pomyślałem. Zacząłem sprawdzać terminarz Serie A. Chwila niepewności i... okazuje się, że Chievo gra 25 października w Weronie i do tego... z AC Milan! Perspektywa obejrzenia ulubieńców strasznie mnie rozpaliła.

Od tego momentu zorganizowanie wyjazdu na ten mecz zaprzątało mi więcej czasu, niż przygotowanie referatu, który miałem wygłosić w Trento. Ze strony Chievo dowiedziałem się, że nie powinno być większych problemów z zakupem biletów. W Weronie ta drużyna nie jest zbyt popularna i nawet przyjazd AC Milan nie groził brakiem biletów. Niemniej fakt, że sprzedaż była prowadzona przez 10 dni przed meczem trochę mnie martwił, bo nawet nie chciałem wyobrażać sobie, jak się można poczuć zostając przed bramą bez biletu. Samolot zorganizowałem sobie rano w dniu meczu, akurat dzień przed konferencją. Tymczasem organizatorzy mojej konferencji zgodzili się na opłacenie mi hotelu w Weronie, więc wszystko układało się świetnie. Po meczu będzie jeszcze czas na świętowania, potem hotel i rano wyjazd do Trento. Byle tylko bilety były...

Przez całą podróż rozmyślałem nad zakupem biletów, wierząc że się uda. Do hotelu w centrum Werony dotarłem nieco spóźniony w stosunku do planu, tj. około 14 (w Bergamo musiałem prawie 2 godziny czekać na pociąg do Brescii). Szybki prysznic i lecę na stadion. Bryła stadionu robi wrażenie, ale nawet nie zatrzymuję się, poszukując kiosku z biletami. Wiedziałem, że bilety na Milan były dość drogie od 20 do 90 euro i początkowo zakładałem, że kupię te za 45 euro (oczywiście wierząc w to że je kupię). Wreszcie po okrążeniu niemal całego stadionu znajduję kiosk, gdzie sprzedawane były bilety. W trzech okienkach można było kupić bilety na cały stadion, a w czwartym... na sektor gości. Po sekundzie namysłu zamiast biletu na sektor centralny kupuję bilety na Curva Nord (przeznaczonej dla kibiców Milanu) - może widoczność nie będzie najlepsza, ale atmosfera na pewno rewelacyjna. W końcu retransmisję meczu gdzieś obejrzeć będzie można, a atmosfery meczowej nic nie odda.

Z biletem i spokojem w duszy zwiedzam Weronę i po godzinie 19 melduję się pod stadionem, gdzie kręci się już sporo kibiców Milanu, popijając piwko i kupując gadżety tuż pod stadionem. Dla uczczenia wieczoru wypijam jedno "Nastro Azzurro" i kieruję się do bram stadionu, gdzie kontrola nie jest zbyt szczegółowa.

Stadion Bentegodi robi wrażenie nie tylko z zewnątrz, ale także po dostaniu się na trybuny. Nie jest on bardzo duży (pojemność 42 200), jednak trybuny są dość rozłożyste i cały stadion sprawia bardzo korzystne wrażenie. Gdy wchodzę na trybunę gości, jest już około 200 kibiców Milanu. Z czasem docierają kolejne grupy kibiców - główna, trzystuosobowa przyjeżdża z Mediolanu pociągiem, ale co najmniej drugie tyle dociera samochodami. Do tego bardzo wiele osób przyjeżdża z północno-wschodniej części Włoch. Trudno mi jest powiedzieć, ilu w końcu było kibiców Milanu, ale myślę, że nas około tysiąca. Na meczu jest w sumie nieco ponad 12 tysięcy kibiców. Milan wywiesza kilkanaście flag, w tym BRN NordEst, równocześnie wiele osób wnosi flagi na kijach. W miejscu, które zajmuję wkrótce pojawiają się przedstawiciele BRN, z którymi zamieniam parę zdań, dotyczących tego skąd jestem komu kibicuję w Polsce, itd. Dla części z moich rozmówców Polska równie dobrze mogłaby znajdować się w Ameryce Południowej, jak i w Oceanii. Niemniej są bardzo OK.

O 19.30 na boisko jako pierwszy wybiega Dida, witany głośnym dopingiem. Z czasem na murawie pojawiają się kolejni piłkarze Milanu. Ja w tym czasie odkrywam, że na stadionie można zaopatrzyć się w piwko (3,5 euro), więc jeszcze przed meczem staram się przygotować gardło do śpiewów. Muszę przyznać, że w swoim życiu byłem na kilkuset meczach, ale tak dobrze prowadzonego dopingu przez cały mecz to chyba nie widziałem nigdzie. Trudno mi powiedzieć, czy kibice Werony też coś dopingowali, bo w młynie nie było ich słychać.

Doping ze strony kibiców Rossonerich przynosi skutek i w 30 minucie Milan obejmuje prowadzenie po ładnym uderzeniu Jankulovskiego. O samym meczu nie będę za dużo pisał, Milan miał zwłaszcza w pierwszej połowie znaczną przewagę, której nie umiał jednak potwierdzić kolejnymi bramkami (szanse Kaki i Oliveiry), nie odgwizdany faul na Gilardino w polu karnym. W drugiej połowie Chievo przycisnęło (atakując w stronę trybuny, na której siedzieliśmy) tak, że parę razy wydawało się, że piłka musi wpaść do bramki - Dida grał jednak rewelacyjnie. Druga połowa to także pokaz nieskuteczności naszych napastników, czego najwybitniejszym przykładem był Borriello strzelając w sytuacji sam na sam z bramkarzem w swoją... nogę. Świetne sytuacje zmarnował też Kaká i Gilardno. Niewidoczny był Pirlo. Druga połowa to nerwówka, ale ostatni gwizdek po meczu, przyniósł radość i chyba przede wszystkim ulgę. Milan wreszcie wygrał, tylko czy to rzeczywiście był przełom przed czekającymi go za 3 dni derbami z Interem. Jak się później okazało - niestety nie. Dziś gdy piszę te słowa - od meczu w Weronie minął już prawie miesiąc - a Milan nie potrafił od tego czasu odnieść zwycięstwa w lidze.

Po meczu nie niepokojony przez nikogo wracam w koszulce Milanu do hotelu. Spełniło się największe marzenie mojego życia - byłem na meczu Milanu. Teraz trzeba to powtórzyć, najlepiej w Mediolanie i to jak najszybciej.

majlech



© Copyright 2002-2016 by ACMilan.PL  ::  Wszelkie prawa zastrzeżone