Milan - Livorno | 36. kolejka Serie A 2005/06 | 30 kwietnia 2006

Pomysł na wyjazd zrodził się zupełnie spontanicznie. Wraz z bardzo dobrą przyjaciółką mojej dziewczyny (obecnie żony) Anią, która jest wielką fanką Milanu i która to właśnie zaraziła mnie tą wspaniałą chorobą. Rozmawialiśmy zupełnie hipotetycznie o tym, jak to fajnie by było zobaczyć Milan na San Siro. W pewnym momencie w mojej głowie zrodziła się myśl: "A dlaczego by nie? Przecież w zasadzie to nie jest jakiś wielki problem!" Widok błysku w oczach Ani w momencie, gdy podzieliłem się z nią moimi przemyśleniami, nie pozostawiał żadnych wątpliwości - decyzja o wyjeździe została podjęta w ułamku sekundy. Pozostało jeszcze tylko ustalić pewne drugoplanowe szczegóły, takie jak wybór spotkania, na które pojedziemy, środka transportu i takie tam drobiazgi, które w tamtej chwili wydawały się zupełnie nieistotne.

Z powodów, nad którymi nie warto się tutaj rozwodzić, wybór padł na mecz Milan - Livorno rozgrywany 30. kwietnia 2006. Biorąc pod uwagę bliskie sąsiedztwo czasowe meczu derbowego, wybór może dziwić, jednak jak już wspomniałem wcześniej, to z kim nasi zagrają było wtedy dla nas mniej istotne. Liczyła się sama możliwość zobaczenia na żywo naszych ulubieńców. Pozytywnym aspektem tej decyzji był brak obaw o dostępność biletów, które postanowiliśmy kupić na miejscu.

Dodam jeszcze tylko, że wyjazd odbyliśmy w składzie czteroosobowym (oprócz wspomnianej Ani Z. pojechała jeszcze nasza przyjaciółka Ania K. oraz moja żona Ewelina). Jako środek transportu wybraliśmy samolot relacji Katowice - Bergamo, bo dzięki rezerwacji z trzymiesięcznym wyprzedzeniem ceny biletów okazały się w miarę przystępne. Oczywiście i tak transport miał stanowić większość kosztów wyjazdu. Uznaliśmy to za marnotrawstwo i postanowiliśmy trochę te proporcje wyrównać pozostając we Włoszech przynajmniej na kilka dni. Najwięcej kłopotów organizacyjnych sprawiło nam (ku naszemu zaskoczeniu) znalezienie w Mediolanie noclegu w cenie nie przyprawiającej o ból głowy - ostatecznie postanowiliśmy przenieść naszą bazę do dość przypadkowo wybranego Como (miasta oddalonego o godzinę drogi na północ). Choć początkowo nie byliśmy zachwyceni takim obrotem sprawy, to po dotarciu na miejsce, ten przypadkowy zbieg okoliczności okazał się jedną z najlepszych rzeczy jaka nam się przytrafiła podczas tego wyjazdu (poza meczem oczywiście, ale o tym później).

Como jest po prostu niesamowite! Położone jest niemalże u podnóża Alp, nad najgłębszym jeziorem w Europie (noszącym tę samą nazwę). Jezioro otoczone jest stromymi wzniesieniami, a na szczyt jednego z nich można wyjechać kolejką szynową (podobną jak na Gubałówce, tylko o wiele bardziej stromą). Stamtąd przy dobrej pogodzie roztacza się wspaniały widok na Alpy. Samo miasto w swej starszej części ma typowo włoskie, wąskie, malownicze uliczki, a najstarszy fragment otoczony jest murami obronnymi. Najciekawsze jest to, że pewnie w ogóle byśmy nie odkryli jego uroków, gdyby nie strajk włoskiej komunikacji (całej!), przez który utknęliśmy tam na cały dzień.

W końcu trzeciego dnia wyprawy (sobota) dotarliśmy do Mediolanu. Ania, która podobnie jak moja żona studiuje geografię, a do tego jest zakochana w Mediolanie i całych Włoszech, była naszą przewodniczką po mieście. Odwiedziliśmy prawie wszystkie miejsca, które są warte zobaczenia, m. in. kościół Św. Ambrożego, zamek Sforzów i Parco Sempione, dzielnicę Brera oraz oczywiście Piazza del Duomo i samą katedrę (z piknikiem na jej dachu włącznie!). Pełni wrażeń wróciliśmy do Como, gdzie jak co wieczór próbowaliśmy kolejnych włoskich specjałów w jednej z restauracyjek nad jeziorem, popijając serwowane tam domowe wino.

Nadeszła w końcu niedziela - dzień meczu. Zgodnie z przewidywaniami bilety nabyliśmy bez problemu (poprzedniego dnia) w oddziale Banca Intesa w Como. Mieliśmy dość dużą swobodę wyboru miejsc, więc oczywiście postanowiliśmy zasiąść na Curva Sud. Mecz miał się rozpocząć o godzinie 15.00. Do Mediolanu udaliśmy się zatem dość wcześnie rano, bo chcieliśmy jeszcze odwiedzić dzielnicę Naviglia, gdzie akurat tej niedzieli odbywał się słynny, comiesięczny targ staroci nad kanałem Naviglio Grande. Wreszcie udaliśmy się tramwajem w kierunku stadionu. Stadio Giuseppe Meazza przytłoczył nas swoją wielkością. Jako budowlaniec zachwycałem się jego konstrukcją ignorując zupełnie otaczające go stragany z pamiątkami (czego do tej pory żałuję). Po krótkiej i bardzo niedokładnej kontroli weszliśmy na stadion. Niestety wyposażenie San Siro wewnątrz nie robi już tak pozytywnego wrażenia jak jego konstrukcja - widać, że stadionowi przydałby się remont. Jednak sam ogrom obiektu, wysokość trybun, ich strome ustawienie oraz ogromna ilość miejsc robią imponujące wrażenie. Byliśmy na swoich miejscach blisko godzinę przed pierwszym gwizdkiem i obserwowaliśmy jak stadion powoli się zapełnia. Wraz z napływem kibiców trybuny zmieniały kolor z szarości betonu i wyblakłych krzesełek na czerwień i czerń koszulek i flag.

W momencie wyjścia Rossonerich na rozgrzewkę rozpoczął się doping na Curva Sud i w tym momencie pożałowaliśmy, że nęceni chęcią zobaczenia Milanistów z bliska i zrobienia im dobrych zdjęć, zdecydowaliśmy się na pierwszy krąg trybun. Nad nami zawrzał prawdziwy kocioł! Przyśpiewki, bębny, flagi, wreszcie słynne "We will rock you!" - a to przecież dopiero rozgrzewka! Nie chcę nawet myśleć co się tam dzieje podczas meczów derbowych. Sam przebieg spotkania jakoś ciężko mi sobie dokładnie przypomnieć, pewnie dlatego, że w momencie kiedy piszę te słowa, minął już ponad rok od opisywanych wydarzeń. W pamięci utkwiły mi przede wszystkim dwie bramki Pippo Inzaghiego, które dały Rossonerim zwycięstwo, a także niesamowite popisy broniącego bramki gości Amelii, przez którego ostateczne rozmiary porażki Livorno nie oddają przewagi, jaką podopieczni Ancelottiego mieli w tym meczu. Po końcowym gwizdku zdarzyło się natomiast coś, czego nigdy nie zapomnę: gdy kibice powoli zaczynali już opuszczać stadion, na tablicy świetlnej wyświetlane były wyniki innych spotkań kolejki. W pewnym momencie pojawił się komunikat: Empoli 1-0 Inter, a poniżej autor jedynej bramki - Materazzi (A). Na stadionie na nowo zawrzało od oklasków i śpiewów - to była wymarzona niedziela dla kibica Milanu.

Do Polski wracaliśmy następnego dnia. Oczywiście nie mogło się obyć bez przygód, gdyż był to 1. maja, czyli Święto Pracy. W związku z tym utknęliśmy na 3 godziny w Monzy, gdzie mieliśmy przesiadkę, bo kursowały tylko nieliczne pociągi. Zabrakło nam przez to czasu na zaplanowane zwiedzanie Bergamo, ale sama Monza (również bardzo ładna) po części wynagrodziła nam tę stratę. Wyjazd jako całość trzeba zatem uznać za zdecydowanie udany. Była to jedna z najwspanialszych przygód w moim dotychczasowym życiu. Mam jednak nadzieję, że następnym razem na mecz Milanu pojadę już w towarzystwie sporej grupy kibiców z MCP.

czado81




© Copyright 2002-2016 by ACMilan.PL  ::  Wszelkie prawa zastrzeżone