1. KOLEJKA SEZONU 2001/2002 - 28. SIERPNIA 2001r.

Pod koniec wakacji miałem jechać na mecz, o którym zawsze marzyłem: Milan-Juve. Co prawda, w ramach Pucharu Berlusconiego, czyli jednak towarzysko, ale dla mnie taki mecz ma szczególne znaczenie. Niestety okazało się, że osoba z Wielkopolski (mniejsza o dane...) okazała się niepoważna i z wyjazdu wyszły nici.
Dlatego postanowiłem, że i tak pojadę na mecz. Dogadałem się z Mirkiem i zaplanowaliśmy wyjazd na mecz pierwszej kolejki: Brescia-Milan. Bilety zakupił mój kumpel z Włoch - Fulvio. Mecz był w sobotę, lecz na wycieczkę wyruszyliśmy wcześniej.
W piątek po południu meldujemy się w Brescii. Poszukiwania tańszego hotelu nie są łatwe, ale po kilku godzinach znajdujemy coś w miarę (czytaj: 80zł od osoby za noc :)). Wieczorkiem mały spacerek po mieście i do hotelu. W sobotę mieliśmy więcej czasu na zobaczenie atrakcji Brescii. Miasteczko, jak miasteczko - trochę zabytków, parę barów... ;)
W jednym z nich (w przewodniku reklamowanym jako najlepszy i najtańszy w Brescii) za piwko 0,4 l zapłaciliśmy z 14 złotych, więc nie chcemy wiedzieć, ile piwo kosztuje w droższym barze :). A jako ciekawostkę można jeszcze podać, że godzina w kafejce internetowej kosztuje 20 złotych... 
Dzień minął mniej lub bardziej ciekawie, na jego zakończenie obejrzeliśmy w punkcie zakładów bukmacherskich mecz Bolognii.
Niedziela nieco nas zaskoczyła - pozamykane sklepy, bary, na szczęście naszym jedynym celem był stadion. Z pomocą dwóch kibiców Brescii docieramy autobusem na przedmieścia miasta, gdzie znajduje się ten wzniesiony na stalowej konstrukcji obiekt.
W okolicach stadionu widać grupki Milanistów i kibiców miejscowych (obie ekipy mają ze sobą zgodę, jednocześnie będąc derbowymi rywalami, to dość unikalne zjawisko), raczących się wspólnie alkoholem i nie tylko...
My po nerwowych poszukiwaniach docieramy do kasy, gdzie wydawano zarezerwowane wcześniej bilety. Mamy!
Wchodzimy na sektor. Na stadionie około 20 tysięcy widzów, którzy prawie w całości wypełnili stadion Brescii.  Fani z Mediolanu (a również z innych części świata - np. z Polski...) po brzegi wypełnili sektor dla gości.  Było ich około trzech tysięcy. Główny transport odbywał się specjalnym pociągiem, było też kilkanaście autobusów oraz samochody.
Kiedy spora część fanów Milanu weszła na sektor (około godzinę przez meczem) rozpoczęła się regularna jechanka na lokalnych rywali - Inter i Atalantę Bergamo.  Tłumy z Brescii odpowiadały brawami. Podczas samego spotkania Milan zaprezentował się wyśmienicie - doping przez większą część meczu, każdy kibic posiadał na sobie coś w barwach klubowych, wywieszono kilkanaście flag na  ogrodzeniu a drugie tyle było na kijach. Było również kilka rac i różnokolorowe świece dymne. Przez całe spotkanie zabawa zmącona nieco dwiema bramkami dla Brescii (asysty Koźmińskiego!), ale w drugiej połowie Milan wyrównał. Brescia posiadała dwa młyny: jeden tradycyjnie na łuku (curva) a drugi nieopodal naszego sektora. Niestety, oba zaprezentowały się słabo. Flag co prawda nie brakowało, ale doping głośny był tylko w drugiej połowie a i to nieczęsto. Co ciekawe, przed i w przerwie meczu służby porządkowe wpadły na genialny pomysł: przynieśli węże strażackie i polewali widownię! Trzeba dodać, że panował straszny upał (35 stopni, mecz o 15) i pojawienie się wody wywołało nie mniejszą euforię niż strzelone później gole...
I już po meczu. Opadają emocje związane z pierwszym w życiu obejrzanym na żywo meczem Serie A. Ale to jeszcze nie koniec naszej przygody.
Następnego dnia rano jedziemy pociągiem do Mediolanu. Zgubić się można już na dworcu... To już nie Brescia...
Naszym pierwszym celem jest siedziba klubu. Odnajdujemy ulicę i jesteśmy gdzieś w pobliżu, ale zupełnie nie widać, by gdzieś tu miały się mieścić biura wielkiego Milanu. Ale jednak! Z pozoru wyglądało to na coś w rodzaju banku, ale miły strażnik zaprowadził nas do znajdującego się z tyłu wejścia. Idziemy, idziemy i nagle mija nas... Cesare Maldini!!! Niosący jakieś bułki w reklamówce człowiek-legenda Milanu wprawił nas w takie osłupienie, że nawet nie pomyśleliśmy o autografie czy zdjęciu... Zdołałem wykrztusić z siebie ledwie "Buongiorno", Maldini odpowiedział tym samym i... tyle go widzieliśmy. Po chwili doszliśmy do siebie... :)
Wchodzimy do budynku a tu... winda. Wjeżdżamy na górę i widać drzwi z herbem Milanu i tabliczką Milan AC. Właściwie to chcieliśmy poprzestać na fotce tej tabliczki i ruszać dalej. Myśleliśmy, że biura Milanu się nie zwiedza, bo pewnie nie ma tam co oglądać, no i ludzie pracują... Ale jednak postanowiliśmy zapytać i jakże piękna okazała się rzeczywistość! Wprowadziła nas do środka miła, ładna Włoszka i pokazała nam... salę pełną pucharów, pater i innych trofeów! Widzieliśmy Puchary Mistrzów, Puchary Interkontynentalne!...
W korytarzach archiwalne zdjęcia Milanu, wszędzie pamiątki, herby... Zawrót głowy!

Wejściówka na San SiroTrochę tam zabawiliśmy, po czym ruszamy do Mekki wszystkich Milanistów - San Siro. Metrem na docelową stację dojechaliśmy dość szybko, później czekał nas jeszcze spacerek parkiem noszącym nazwę właśnie San Siro. Idąc i idąc, kopiąc leżące na ziemi liście zaczęliśmy się niecierpliwić. Podejrzewaliśmy, iż może idziemy w złym kierunku. Ale nagle, kiedy z między drzew wyłonił się na bardzo dużej wysokości czerwony element, rozpoznawany przez każdego kibica Milanu, wiedzieliśmy, że to tu. Nie wiem, dlaczego, ale nasz krok stał się nagle szybszy. San Siro powoli się odsłaniało... To niesamowite, nie ma co pisać, trzeba to samemu przeżyć.
Wchodzimy do środka.  W holu, na możliwość zwiedzenia obiektu czeka już grupka ludzi. Żadnego Włocha, za to sporo Azjatów :)
Przyjemność obejrzenia stadionu imienia Giuseppe Meazzy kosztowała nas po 40 złotych. To nie mało, ale warto! Byliśmy nawet w szatniach Milanistów, chodziliśmy po trybunach, a na końcu zwiedziliśmy wspaniałe muzeum dwóch mediolańskich klubów - oprócz Milanu były jeszcze zdobycze Interu...
Ostatnim naszym mediolańskim celem był sklepik Milanu. Początkowo mieliśmy do niego wstąpić wcześniej, gdyż według naszych informacji znajdował się nieopodal siedziby klubu, ale okazało się, że sklep ten przeniesiono na drugą stronę miasta.  Dotarliśmy do New Milan Point i znów dostaliśmy oczopląsu: koszulki, skarpetki, kubeczki, zegarki, długopisy, naklejki, krawaty, poduszki, zabawki...  Czego tam nie było!... Po zakupieniu koszulek i kilku pomniejszych pamiątek opuszczamy ten lokal w obawie przed chorobą psychiczną ;-)

Niestety, moja kieszeń uszczupliła się na tyle, że ostatnią noc zmuszeni byliśmy przetrwać bez noclegu. Ale nie było źle, było o czym i gdzie pogadać.
Oczywiście podczas naszej mediolańskiej wycieczki oglądaliśmy i słynną katedrę, i Duomo, ale największe wrażenie robi zdecydowanie SAN SIRO!!!
Wtorek, tuż po południu... Trzeba wracać. To trudne. Jedna myśl w głowie: "wrócimy tu!"...

relacja: kapi

 


© Copyright 2002-2016 by ACMilan.PL  ::  Wszelkie prawa zastrzeżone